,,Czy mógłbym pożyczyć flagę?” – pyta na Marszu Niepodległości Arjun Talwar, reżyser filmu dokumentalnego ,,Listy z Wilczej” i to pytanie staje się centralnym punktem, esencją całej jego narracji. Jest on bowiem mieszkającym od kilkunastu lat w Polsce Hindusem. Gdy wyjeżdżał z New Delhi, wraz ze swoim przyjacielem Adim, obaj byli zafascynowani polską kinematografią. Po latach, obok fascynacji krajem, dalej czuje, że nie jest jego częścią.

Wraz z przekonaniem o niezakończonym procesie asymilacji w Polsce, reżyser przemierza z kamerą ulicę Wilczą w Warszawie. Jeśli dalej nie czuje się częścią kraju, to z pewnością jest częścią choćby ulicy, na której mieszka. Wilcza nie skupia w sobie całej Polski, to oczywiste, ale jako jej mikrokosmos posiada charakterystyczne miejsca – znajduje się na niej Żabka, wiele popularnych ,,chińczyków”, liczne zakłady usługowe, a nawet najstarsza szkoła tańca w kraju. Jest synekdochą oblicza polskości znanego przez narratora. Funkcjonuje jak axis mundi, jest punktem wyjściowym historii i historią samą w sobie, jest bohaterem i to na niej reżyser spotyka swoich bohaterów.

Wśród nich wyróżniają się przyjaciółka ze studiów autora Mo, Syryjczyk Feras, Rom Oskar i listonosz Piotr. Tylko ten ostatni symbolicznie należy do krajobrazu ulicy, reszta nie pochodzi z Polski, nie są ,,stąd”, więc film dokumentuje również ich próby asymilacji. Obserwujemy ich nowe miejsca – Mo oprowadza Talwara po Bielanach, a Oskar zaprasza go do rodzimego Pułtuska, który nawet dla swoich romskich mieszkańców nie wydaje się prawdziwym domem. Różnice kulturowe i wrogość pozbawiają ich poczucia przynależności do małej ojczyzny, nie dlatego, że do niej wyemigrowali, ale dlatego, że zrobili to ich dawni przodkowie. Nie mają za czym tęsknić, w przeciwieństwie do Ferasa, który w grze video odbudowuje z pamięci swoją ulicę w Damaszku – trochę dla siebie, a trochę, by pokazać ją swojemu małemu synowi. Chce go jednocześnie uczyć języka syryjskiego, stając przed dylematem wielu pokoleń Romów – czy zbyt mocne przywiązanie do kultury przodków nie uniemożliwia pełnej asymilacji?

To pytanie cały czas nie wprost zadaje reżyser, cały film pełen jest rozważań dotyczących tożsamości imigranta, jego miejsca w nowej, obcej rzeczywistości oraz fundamentalnych pytań o to czy w ogóle możliwa jest pełna asymilacja osób, które pamiętają o swoim poprzednim domu. Czy trzeba porzucić znaczną część swojej tożsamości, by nie pozostać outsiderem i tak naprawdę zaaklimatyzować się w nowej kulturze, w dodatku tak homogenicznej jak ta polska? Takie pytania o polskość, obcość i przekraczanie granicy między nimi (w tym bardzo wymowne ,,jak być dobrym imigrantem?”) padały do uczestników uchwyconego w dokumencie Marszu Niepodległości. Jest to ważny moment filmu – konfrontacja imigranta z pewną zaprojektowaną stroną modelowego polskiego patriotyzmu i nacjonalizmu. Jednocześnie, reżyser wykorzystuje kamerę jak zwierciadło i pozwala widzom, w większości z pewnością Polakom (jako narodowi), się w jej obrazie przejrzeć.

Podobną funkcję pełnił inny film dokumentalny, czyli ,,Film balkonowy” Pawła Łozińskiego. Był on opowiedziany nie jak tutaj, z perspektywy ulicy, ale z pojedynczego balkonu na Saskiej kępie. Choć operował on wokół innych tematów to konwencja rozmów z często przypadkowymi ludźmi – sąsiadami i zwykłymi nieznajomymi – była bardzo podobna w obu produkcjach. Warto również wskazać, że tamten film był znacznie weselszy w przekazie. Tutaj mamy właściwie od samego początku wprowadzony wątek przyjaciela narratora, z którym ten emigrował razem z New Delhi – Adiego. Dowiadujemy się w toku akcji, że popełnił on samobójstwo w konsekwencji poczucia wyobcowania po nieudanej asymilacji. Żałoba Talwara za nim, w pewnym sensie jest również żałobą za porzuconą ojczyzną i tym co po niej w jego pamięci zostało. Ten wątek sprawia, że pomimo pogodnej muzyki, ów humanistyczny portret przyziemnej warszawskiej codzienności podszyty jest smutkiem i wieloma wątpliwościami.

Tak intymny lejtmotyw potęguje osobistość i autentyczność narracji. Jest ona prowadzona z offu, oderwana czasem od obrazu, tworzy dystans i pozwala obserwować świat przedstawiony z perspektywy. Reżyser zdaje się dokumentować proces(y) asymilacji i jednocześnie asymilować poprzez uważniejszą obserwację swojego najbliższego ekosystemu społecznego. Wszystko łączą rozterki co do możliwości zakorzenienia się w miejscu nie zawsze przyjaznym dla obcych, ale mimo tego przekornie kochanym. Wbrew, być może, pierwszemu wrażeniu, miłość reżysera do Polski nie jest związana ze specyficzną formą syndromu sztokholmskiego, ale wynika z prawdziwej, buntowniczej fascynacji oraz upartego przekonania o prawie do wybrania swojego miejsca na Ziemi i ,,Listy z Wilczej” są na to najlepszym dowodem.

Dodaj komentarz

Trendy