Frankenstein to tytuł, który kojarzą chyba wszyscy. Opowieść o potworze stworzonym przez genialnego naukowca to historia tak głęboko zakorzeniona w popkulturze, że samo nazwisko Frankenstein stało się synonimem potwora. Opowieść o doktorze Frankensteinie i stworzeniu, które powołał do życia, weszła do kanonu klasyków literatury science fiction, a nawet go zapoczątkowała, jak twierdzą niektórzy. Postaci wykreowane przez Mary Shelley urosły do rangi nieśmiertelnych archetypów, a ich wizerunki były przez dekady przetwarzane i upraszczane przez kino, komiksy i popkulturowe klisze. Wystarczy jednak sięgnąć po literacki oryginał, by zobaczyć, jak bardzo popkultura spłyciła to dzieło.
Guillermo del Toro — mistrz mrocznej fantastyki i twórca od lat zafascynowany Frankensteinem — pod koniec 2025 roku zaprezentował na platformie Netflix swoją autorską wizję tej historii. Choć nie jest to ekranizacja do końca wierna fabule powieści Shelley, paradoksalnie można uznać ją za jedną z najbardziej wiernych adaptacji literackiego oryginału. Jej wierność nie polega bowiem na dosłownym odtwarzaniu wydarzeń, lecz na znakomitym uchwyceniu ducha i głównego założenia powieści.
W filmie del Toro postać, którą zwykliśmy nazywać potworem nie jest potworem, jest istotą, co w wywiadach wielokrotnie podkreślał odgrywający ją Jacob Elordi. To człowiek, którego twórca stopniowo przejmuje rolę prawdziwego monstrum tej opowieści. Reżyser konsekwentnie odwraca perspektywę znaną z popkulturowych wyobrażeń, przywracając historii jej pierwotny moralny ciężar. Świetnym zabiegiem narracyjnym jest podział opowieści na dwie perspektywy. Pierwsza część prowadzona jest z punktu widzenia Victora Frankensteina, co pozwala widzowi lepiej zrozumieć tę postać: jej pochodzenie, ambicje, motywacje oraz wewnętrzne napięcia, które popychają ją ku tragicznym decyzjom.
Równie istotna jest druga perspektywa — punkt widzenia samej Istoty. Del Toro poświęca jej równie dużo uwagi, pozwalając widzowi obserwować proces „stawania się” człowiekiem. Uczymy się świata razem z nią: od pierwszych nieporadnych gestów, przez naukę języka, aż po próby zrozumienia relacji międzyludzkich i własnego miejsca w rzeczywistości. To właśnie w tej części film najpełniej oddaje literackiego ducha Shelley, pokazując, że tragedia nie rodzi się z potworności stworzenia, lecz z jego odrzucenia. Każdy kolejny etap poznawania świata niesie ze sobą nie tylko wiedzę, ale i coraz większe rozczarowanie. Istota zaczyna rozumieć, że jej wrażliwość i zdolność do empatii nie wystarczą, by zostać zaakceptowaną. Del Toro prowadzi tę historię konsekwentnie ku nieuchronnej tragedii, nie epatując tanim sentymentalizmem, lecz budując emocje poprzez obserwację. Dzięki temu widz nie tyle współczuje bohaterowi, co zaczyna dzielić jego doświadczenie samotności i wykluczenia.
Ogromnym atutem filmu jest również jego warstwa wizualna. Del Toro po raz kolejny udowadnia, że kino traktuje jak sztukę plastyczną, każdy kadr jest przemyślany, nasycony symboliką i dbałością o detal. Estetyka filmu nie jest jedynie ozdobą, lecz integralnym elementem opowieści, wzmacniającym jej melancholijny, mroczny i romantyczny ton.
Nie oznacza to jednak, że film jest bez zarzutu. Dla widzów dobrze znających powieść Mary Shelley wprowadzone zmiany fabularne mogą wydawać się momentami niepotrzebne, a nawet rozbijające rytm znanej historii. Choć duch oryginału został zachowany, nie każda ingerencja w fabułę wnosi do opowieści nową jakość.
Mimo tych zastrzeżeń, Frankenstein del Toro pozostaje jednym z najciekawszych współczesnych powrotów do klasyki grozy, nie jako opowieść o potworze, lecz jako gorzka refleksja nad ludzką ambicją, odpowiedzialnością i ceną, jaką płaci się za przekraczanie granic. Co w czasie rozwoju sztucznej inteligencji uderza szczególnie mocno.





Dodaj komentarz