fot. archiwum prywatne

W ostatnim czasie, przytłoczona natłokiem pracy i obowiązków, poczułam potrzebę wyjazdu. Zebrałam ekipę znajomych i razem wymyśliliśmy tzw. master plan na naszą studencką kieszeń i napięty grafik, czyli jednodniowy wyjazd do Berlina, bez płacenia za nocleg i atrakcje.

Wyruszyliśmy FlixBusem z Warszawy o 1:15 w nocy z piątku na sobotę i o 8:20 byliśmy już w Berlinie. FlixBus jest według mnie najlepszym środkiem transportu do nocnych podróży, jako że gaszone jest wtedy światło, fotele są rozkładane, a łazienka jest zawsze pod ręką, komfort snu i samej podróży jest stosunkowo wysoki (w porównaniu np. do pociągu).

Wysiedliśmy na przystanku obok lotniska, ponieważ z niego było najbliżej do centrum miasta. Na dworcu kolejowym, znajdującym się wewnątrz lotniska, zakupiliśmy 24-godzinny grupowy bilet miejski, obejmujący wszystkie środki transportu w Berlinie. Około 9:00 wsiedliśmy już do pociągu podmiejskiego, a w trakcie podróży zjedliśmy śniadanie (które zabraliśmy ze sobą z Polski), zrobiliśmy poranny skincare i już po 15 minutach byliśmy na dworcu głównym. 

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od 15-minutowego spaceru do Bramy Brandenburskiej, zahaczając po drodze o 3XN Cube Berlin, rzekę Sprewę, Siedzibę Kanclerza Federalnego, Gmach Parlamentu Rzeszy oraz park Tiergarten.

Gmach Parlamentu Rzeszy, fot. archiwum prywatne
Brama Brandenburska, fot. archiwum prywatne

Po krótkiej przerwie na kawę i zakup pamiątek, ruszyliśmy na plac Gendarmenmarkt, na którym znajdują się Katedra Niemiecka, Katedra Francuska i zabytkowa hala koncertowa. Nieopodal znajdował się również plac Bebela – zwiedziliśmy tam wnętrze Katedry św. Jadwigi i Uniwersytet Humboldta.

Katedra Niemiecka, fot. archiwum prywatne
Hala Koncertowa, fot. archiwum prywatne

Następnie udaliśmy się do jednej z głównych atrakcji miasta – Wyspy Muzeów, jednak muzeum, na którego zwiedzeniu najbardziej nam zależało, było zamknięte z powodu renowacji. W zamian zobaczyliśmy Katedrę Berlińską – jedną z największych świątyń chrześcijańskich w Europie. Jej wielki rozmiar robi wrażenie. Przeszliśmy się także na okoliczny pchli targ, na którym sprzedawano różnego rodzaju rękodzieła, sztukę, biżuterię oraz jedzenie. Mieliśmy też okazję posłuchać pokazu gry na handpanie – nowoczesnym instrumencie perkusyjnym o hipnotyzującym brzmieniu.

Katedra Berlińska, fot. archiwum prywatne
Pchli targ, fot. archiwum prywatne

Po zwiedzeniu głównej części miasta pojechaliśmy na kebaba, który posiada tytuł najlepszego w całym Berlinie (jego recenzję znajdziecie w moim następnym artykule!). Po obiedzie postanowiliśmy przejść się wzdłuż ulicy, którą jechaliśmy wcześniej – Eberswalder Straße. Znajdują się na niej urokliwe kawiarnie, restauracje, a także różne instalacje artystyczne.

Rüyam Gemüse Kebab, fot. archiwum prywatne
Eberswalder Straße, fot. archiwum prywatne

Po spacerze pojechaliśmy zobaczyć Mur Berliński. Nie spodziewaliśmy się, że zachowany odcinek będzie aż tak długi. Cały mur pokryty jest kolorowymi muralami, najczęściej niosącymi mocny przekaz polityczny. Oczywiście zobaczyliśmy także najpopularniejszy z nich, czyli ,,Mój Boże, pomóż mi przetrwać tę śmiertelną miłość”, symbolizujący upadek reżimu komunistycznego. Łatwo go znaleźć, ponieważ to jedyny mural w całej East Side Gallery, wokół którego skupia się tak liczna grupa turystów. Ponadto, jego dokładna lokalizacja jest zaznaczona na Google Maps. Po obejrzeniu dzieł, odpoczęliśmy nad rzeką w East Side Park.

Mural ,,Mój Boże, pomóż mi przetrwać tę śmiertelna miłość”, Mur Berliński, fot. archiwum prywatne
Mur Berliński, fot. archiwum prywatne
Mur Berliński, fot. archiwum prywatne

Noc spędzona we FlixBusie w końcu zaczęła dawać się we znaki, dlatego zdecydowaliśmy się na kolejną kawę, tym razem w kawiarni The Greens – Coffee & Plants, która oferowała bardzo smaczne ciasta i napoje, była bogato przyozdobiona roślinami i odznaczała się artystycznym klimatem. Przy okazji zwiedziliśmy wieżę telewizyjną (Berliner Fernsehturm) – najbardziej charakterystyczną atrakcję Berlina i najwyższą budowlę w Niemczech, a także Dzielnicę św. Mikołaja – najstarszą mieszkalną okolicę w stolicy.

Berliner Fernsehturm, fot. archiwum prywatne
Dzielnica św. Mikołaja, fot. archiwum prywatne

Po kofeinowym zastrzyku energii, udaliśmy się już na ostatnią część zwiedzania do Hackeschen Höfe – największego w Niemczech kompleksu ośmiu połączonych ze sobą podwórek. Znajdują się tu liczne kawiarnie, bary, butiki, kina i teatry. My przeszliśmy się po okolicy Haus Schwarzenberg, którego mury były pokryte graffiti i naklejkami, a na zewnątrz były liczne bary, kawiarnie i tłumy ludzi. Weszliśmy do środka jednego z budynków, na wejściu którego widniała informacja, że na górnym piętrze odbywa się darmowy wernisaż. Cała klatka schodowa kamienicy była pokryta naklejkami, łącznie z poręczami, podłogą i sufitem. Wyglądało to niesamowicie. Odnaleźliśmy wystawę, która eksponowała sztukę współczesną: obrazy, rzeźby i instalacje artystyczne niezależnych, niszowych artystów. Na tym samym piętrze odkryliśmy także sklep sprzedający dzieła sztuki początkujących młodych artystów: plakaty, obrazy, pocztówki, książki i inne. Wszystko to wyglądało magicznie. Berlin bardzo urzekł mnie swoją estetyką. W każdym zakątku stolicy można dostrzec jakiś mural, grafitti, rzeźbę czy inną formę sztuki. Widać to nawet w samym stylu ubioru mieszkańców. Całe miasto ma bardzo artystyczny klimat, wydaje się być ogniskiem młodych artystów. 

Hackeschen Höfe, fot. archiwum prywatne
Haus Schwarzenberg, fot. archiwum prywatne

Na koniec dnia, napojeni sztuką, pojechaliśmy do galerii handlowej East Side Mall, by coś zjeść. Niestety okazało się, że zamyka się ona już o 20, w związku z czym byliśmy zmuszeni do przeniesienia się do pobliskiego McDonalda. Tam zjedliśmy kolację, zrobiliśmy wieczorny skincare w łazience (jak na prawdziwym budżetowym wyjeździe) i czekaliśmy aż do odjazdu naszego busa. 

Około 23:00 dojechaliśmy na dworzec Central Bus Station i o 23:40 byliśmy już we FlixBusie, gdzie spędziliśmy drugą noc z rzędu. Tym razem jechaliśmy (prawie że) w luksusach, jako że autobus był prawie pusty i każdy z nas mógł zająć po dwa siedzenia i się należycie położyć. Do Warszawy dojechaliśmy o 7:30 rano w niedzielę. Ku mojemu zdziwieniu, spałam przez całą drogę i po podróży czułam się wypoczęta. 

Mimo że byliśmy w Berlinie tylko przez jeden dzień, to czuję, że bardzo tego potrzebowałam. Wyrwałam się z codziennej rutyny, zobaczyłam nowe miejsca, spędziłam miło czas z najbliższymi i myślami byłam tylko ,,tu i teraz”. A co najważniejsze, wyjazd ten nie przekroczył mojego skromnego budżetu. W tabeli poniżej możecie znaleźć kosztorys całej wycieczki.

opracowanie własne

Morał mojej opowieści jest taki, że zdecydowanie da się zwiedzić Berlin w jeden dzień. Wydaje mi się, że zobaczyliśmy wszystkie najważniejsze atrakcje (poza Wyspą Muzeów), a nawet więcej. Także, jeśli chcielibyście więcej podróżować, a nie macie na to czasu albo budżet nie pozwala Wam na dłuższy wyjazd, a dodatkowo jesteście w stanie wytrzymać w niższym standardzie komfortu, to 24-godzinny berliński city break jest naprawdę dobrą opcją.

Dodaj komentarz

Trendy