Tak zły, że aż dobry. A przynajmniej średni. Recenzja „W lesie dziś nie zaśnie nikt”

Kto nigdy nie miał iście perwersyjnej ochoty zafundowania sobie maratonu filmów z Adamem Sandlerem albo prawdziwego festiwalu polskich biedakomedii romantycznych, komu nic nie mówią tytuły „Ogniste monstrum”, „Striptizerki zombie” lub „Sharknado”, nie doceni najnowszego horroru naszej rodzimej produkcji. A to prawdziwa guilty, guilty, guilty pleasure.

backlit-dark-dawn-environment-289367
źródło: pexels.pl

Pojawił się na Netflixie
Rozpoczynając ten akapit, przyjmuję pewne założenie: film został zrobiony ironicznie.

Po, umówmy się, całkiem nieudanym thrillerze politycznym „1983”, na polskiego Netflixa weszła z przytupem kolejna głośna produkcja – z opisu horror. Z tego co wyszło i co, mam nadzieję, było zamierzone – komedia. Pozycja budząca kontrowersje i przeróżne opinie. Film, który ma za zadanie wprowadzić w maliny. Którego warstwa zewnętrzna jest tak zła, że surowa krytyka wydaje się działaniem całkowicie naiwnym. To produkcja oparta na zasadzie hiperbolizowanej generalizacji; rządzona czymś, co nazwać można logiką memu.

Film utrzymany jest w klimacie amerykańskiego slashera, choć trafniej byłoby stwierdzić, że jest takiego slashera karykaturalną, przejaskrawioną formą. Zrobiony jest według bardzo czytelnego szablonu i trudno oprzeć się wrażeniu, że twórcy zagalopowali się i przerysowali z niego trochę za dużo. Przerysowane – a jakże! – są też postaci. Komiksowe, banalne, odgrywające zbyt oczywiste role społeczne, by je brać na poważnie. Nie zawierają żadnej głębi psychologicznej, wszystkie ich historie, rozterki i dylematy, wyjaśniane są za pomocą żenujących monologów. A także (w jednym przypadku) retrospekcji. I nadal upierał się będę, że muszą być to zagrania celowe. Choć nie wszystko można wytłumaczyć ironią i nie wszystko można wybaczyć.

Fabuła taka, że „gdzieś to już widziałem”, bo trudno byłoby nie zetknąć się uprzednio z motywem grupki nastolatków w lesie, w którym dochodzi do krwawej masakry. Akcja płynie wartkim nurtem stosunkowo linearnie, czasami zdarzają się przeskoki w czasie. Głównie w trakcie wspomnianych wcześniej retrospekcji jednej z bohaterek i podczas opowieści tego aktora, który zagrał Gruchę w „Chłopaki nie płaczą”. Bohaterowie giną, pozwalam sobie na ten oczywisty spojler, w bardzo przewidywalnej kolejności i w bardzo przewidywalnych okolicznościach. Do tego stopnia, że jeden z nich zauważa to zawczasu i opowiada o zasadach, rządzących slasherami. I nawet to nie jest oryginalnym zabiegiem, bo taka sytuacja ma miejsce w większości horrorów klasy B. Notabene, w jednym z wywiadów, Bartosz Kowalski (reżyser) przyznał się, że właśnie brak tego typu filmów na polskim rynku skłonił go do stworzenia „W lesie dziś nie zaśnie nikt”. Film nie jest więc absolutnie oryginalny, nie jest też niestety straszny, bo większość akcji dzieje się za dnia.

Te anglicyzmy, te amerykanizmy [akapit niezwykle subiektywny]
Nawet nie liczę na zrozumienie czytelnika, gdy zaczynam ten akapit. Ale zachęcam do podzielenia się w komentarzach dziwnymi rzeczami, które drażnią nas w filmach. Ja swoje tutaj napiszę.

Tak jak niezwykle irytujący dla autora tejże recenzji jest popularny anglicyzm „każdy jeden” lub wtrącanie angielskich słów tam, gdzie można z powodzeniem zastąpić je polskimi, tak i tu pojawiają się podobnego rodzaju grzechy. Tylko że w formie audiowizualnej. Próba zamerykanizowania  filmu na siłę, nie pozwala się do końca wczuć. Tak wiem, że to absurdalne, że ze wszystkiego, do czego można się przyczepić, czepiam się właśnie tego. Ale do rzeczy. Film opowiada o grupie nastolatków, którzy z niewyjaśnionych powodów, trafiają na obóz dla uzależnionych od Internetu i telefonów komórkowych. Na miejscu lądują w czymś, co przypomina obóz harcerski prowadzony przez wyjątkowo nieporadnych opiekunów, którzy przechadzają się po okolicy w obcisłych mundurkach skautowskich. I właśnie te mundurki są problemem! Użycie strojów rodem z amerykańskich filmów, gdzie pojawiają się odpowiednicy naszych harcerzy, rodzi wrażenie, że akcja „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, niekoniecznie dzieje się w polskim lesie. Ten zabieg pozostawia wrażenie zaniedbania. Cóż, cały film pozostawia  wrażenie jednego wielkiego zaniedbania, ale ten szczególnie, bo był niepotrzebny. Kolejna taka sytuacja ma miejsce, gdy Grucha z „Chłopaki nie płaczą” tłumaczy naszym bohaterom, że od najbliższej miejscowości dzielą ich dwa dni drogi. To możliwe w rosyjskiej tajdze, kanadyjskiej puszczy lub na amerykańskiej prerii. No ale w naszym liściastym lub iglastym?

Przesłanie?
Znalazłem jedną rzecz, której możemy nauczyć się z filmu „W lesie dziś nie zaśnie nikt”.

Przebywając przez półtorej godziny w tych oparach absurdów, można się naprawdę zrelaksować. Film nie potrzebuje z resztą wytężonej uwagi – co jakiś czas i tak przykuje ją wywlekanymi flakami i agonicznym wrzaskiem. Można siedzieć przed telewizorem, głaskać się po brzuszku i nabijać się z zadowoleniem, że taki głupi film zrobili. Jeśli jednak nie było ambicji na poważne kino, to okazuje się, że twórcy nie podjęli nawet gry, w której zarzucamy im słabość. I kto tu jest głupi?

Przybierając jednak nieco poważniejszy ton, jest coś, na co naprawdę warto zwrócić uwagę. To przedstawiona problematyka nie tyle braku zrozumienia, co nawet braku takiej chęci. Bowiem bohaterowie mają swoje poważne problemy, na które remedium w oczach rodziców i całkiem nieudanych opiekunów obozowych, ma być tygodniowy detoks od komórki. Przytaczanie każdego przykładu byłoby być może zbyt poważnym zaspojlerowaniem filmu, ale pozwolę sobie wspomnieć chociażby o nastoletnim Julku, którego potencjalny życiowy sukces został przekreślony przez spłycenie jego pasji – do słabości, do uzależnienia. Właśnie ten konflikt, jedynie pozorowane próby nawiązania dialogu między pokoleniami – to jest to, co niesie ze sobą ta produkcja. A poza tym bardzo dużo krwi i momentami tak dziwne rozwiązania montażowe, że nie wiadomo czy śmiać się czy płakać.

Konkluzja
Słowa podsumowania, zanim autor zorientuje się, że to wszystko bez sensu.

Czy polecam film? Nie wiem. Czy obejrzałbym go jeszcze raz? Absolutnie nie. Czy dobrze się bawiłem w trakcie seansu? Zawstydzony przyznaję – ostatnio tak dobrze, gdy zagłębiałem się w najbardziej chałupnicze produkcje Nollywoodu – nigeryjskiej odpowiedzi na Bollywood. Przekonajcie się sami.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s