Absolwenci sprzed ekranu

Mówi się, że wyjątkowe sytuacje wymagają wyjątkowych rozwiązań. Kierując się tym hasłem, uczelnie w całym kraju próbowały, z mniejszym bądź większym powodzeniem, realizować swoją misję edukacyjną, mimo panującej wokół pandemii koronawirusa. Organizacja zajęć to jedno, ale zupełnie innym wyzwaniem okazało się przeprowadzenie zdalnych obron plac dyplomowych. Jak sobie z nim poradzono na Uniwersytecie Warszawskim?

Fotografia wyróżniająca: Pixabay.com

Długo łudzono się, że obrony prac dyplomowych uda się przeprowadzić w tradycyjnej formie. Może z dodatkowymi restrykcjami, w postaci odstępów między studentami czy w obowiązkowych maseczkach, ale jednak. Bo jak to tak? Obronić się bez pamiątkowego zdjęcia z budynkiem wydziału w tle, a pracą dyplomową w ręku? Mówić do komputera zamiast do egzaminatorów? Jak się ubrać na taki wirtualny egzamin? Inne pytania rodziły się do drugiej stronie. Jak uniemożliwić studentowi korzystanie z pomocy naukowych? Jak się naradzić i przedstawić egzaminowanemu jego ocenę?  I czy taka forma nie narusza prestiżu wyższej państwowej uczelni? Ponad to prof. Jolanta Choińska-Mika, czyli prorektor ds. studentów i jakości kształcenia na Uniwersytecie Warszawskim wyraziła się jasno: „O wyniku egzaminu dyplomowego nie może decydować jakość transmisji internetowej, ale wiedza merytoryczna.”. A już prowadzone wcześniej zdalnie zajęcia pokazały, że technologia potrafi być naprawdę złośliwa i może odmówić współpracy w najważniejszym momencie. Pytań było więc wiele, ale odpowiedzi już znacznie mniej.     

Jednak dni mijały, a sytuacja epidemiczna wciąż nie napawała optymizmem, więc wybór mógł być tylko jeden. Robimy to. Uczelnia rozpoczęła przygotowania do obron prac od strony technicznej, a studenci zaczęli się uczyć. A często i stresować, z powodu pierwszych niejasności. Opowiada o tym Wojciech, student III roku stosunków międzynarodowych: „Już od kilku tygodni wiedziałem, że obrona odbędzie się online. Pozwoliło mi się to nie denerwować się aż do ostatniej chwili. Ponieważ nie miałem wyznaczonego miejsca, które mógłbym wpisać do kalendarza, nie do końca czułem, że to już, że naprawdę już się bronię. Kilka dni przed obroną została wyznaczona tylko godzina – 15:00. Link miałem dostać na maila, ale nie wiedziałem, kiedy go otrzymam. Dzień przed obroną w końcu zacząłem się denerwować i spanikowany wysłałem maila do mojej promotorki, pisząc że: ‘’Olaboga, nie ma linku!”. W głowie zaczęły pojawiać się najczarniejsze scenariusze – ‘’Na pewno o mnie zapomnieli i się nigdy nie obronię!!!” oraz inne, tego typu, absurdalne pomysły. Zostałem jednak uspokojony, że link zostanie wysłany i wszystko będzie w porządku”.

Sam dzień egzaminu okazał się dla wielu studentów stresujący nie tylko z powodu obrony pracy i konieczności wykazania się wiedzą, ale także przez wątpliwości związane z techniczną stroną przedsięwzięcia i niejasności co do formalnej strony egzaminu. A każda dodatkowa wątpliwość skutkowała kolejną falą stresu. Opowiada o tym Ania, studentka III roku dziennikarstwa i medioznawstwa: „Godziny obrony znaliśmy sporo wcześniej, tylko w APD (Archiwum Prac Dyplomowych — red.) widniała północ. Cała nasza grupa była podzielona na 2 dni. Ja poszłam na pierwszy ogień, oczywiście, mimo nazwiska na „S”. Przed komputerem siedziałam już od 9:30. Link dostaliśmy wcześniej, więc punkt 10:00 (a może nawet 9:59 – ze stresu) weszłam na Google Meet. Przewodniczący komisji i recenzentka mojej pracy już byli, natomiast promotor miał problem z połączeniem, w związku z tym egzamin opóźnił się o kilka minut, a mój stres rósł z sekundy na sekundę.” Na jeszcze większe problemy technologiczne, a więc i dodatkowy stres, natrafił cytowany już wcześniej Wojciech, student stosunków międzynarodowych: „Gdy nastał TEN dzień, zacząłem go perfekcyjnie. Wstałem rano, przebiegłem sześć kilometrów, zrobiłem sobie owocowe smoothie, zjadłem lekki obiad i pozostało mi już tylko wybrać koszulę. Wszystko uprasowane, ja gotowy jak nigdy, włączam laptopa i czekam, odświeżając kompulsywnie skrzynkę poczty elektronicznej. W końcu dostaję link – wchodzę, ale nic nie działa, nie słyszę mojej komisji. Napisałem na czacie do moich wykładowców, że niestety, ale z mojej perspektywy ruszają tylko bezgłośnie ustami, nieuświadomieni, że ja niestety egzaminu zacząć nie mogę. Tymczasem zegar tykał, w końcu podjęliśmy decyzję, że spróbujemy wysłać link jeszcze raz, a ja połączę się przez telefon. Czekam na kolejne zaproszenie do rozmowy wideo najpierw 5 minut, potem 10, po 15 zacząłem się znowu denerwować i zadzwoniłem do mojej promotorki. Okazało się, że z jakiegoś powodu moi prowadzący link wysyłają, a tenże na moją skrzynkę trafić nie chce. Dopiero za którymś podejściem wszystko się udało, broniłem się więc trzymając przed twarzą telefon i czułem się jakbym kręcił bardzo dziwnego vloga”.

A jak wyglądał sam egzamin? Czy jego forma różniła się od tej tradycyjnej?  I tak, i nie, chciałoby się powiedzieć. Marcelina, studentka III roku filologii polskiej opowiada o przebiegu swojego egzaminu: „Nie byłam do końca pewna, czy przygotować się na pytania dotyczące mojej pracy, czy jedynie opracować zagadnienia, które wcześniej otrzymałam. Największym zaskoczeniem było to, że po odpowiedziach kazano mi sie rozłączyć i czekać 10 minut, aby egzaminatorzy mogli się naradzić, a po tym czasie miałam sie połączyć jeszcze raz. Chyba właśnie to oczekiwanie było najbardziej stresujące. Cały egzamin trwał około 40 minut, razem z czekaniem na ostateczną ocenę”. O czekaniu na werdykt opowiada także Ania z dziennikarstwa i medioznawstwa: „Zostały mi wyświetlone na czacie 3 pytania. Mogłam odpowiadać na nie w dowolnej kolejności, właściwie bez chwili na zastanowienie. Każda odpowiedź była mi przerywana przez przewodniczącego, kiedy komisja uznała, że orientuję się w temacie. Po ostatniej z nich przewodniczący powiedział, że są zadowoleni z tej części egzaminu, proszą o podanie numeru telefonu, wyjście z Google Meet i czekanie na werdykt. Owe czekanie trwało około dwóch minut. Promotor zadzwonił do mnie i poprosił o wejście do „pokoju”. Ogłosili werdykt, zdążyłam się pouśmiechać i obrona zakończyła się sukcesem. Całość przebiegła szybciej niż moje wcześniejsze śniadanie.”

Opinie i przeżycia studentów, związane z internetową obroną swoich prac dyplomowych są więc różne, ale większość na swoją ocenę nie narzeka. Nawet jeśli ta była okupiona zbędnym stresem, a początkowo wieloma znakami zapytania. Czy wirtualne obrony prac staną się normą? Cóż, na ten moment możemy jedynie gdybać i rozważać ewentualne plusy oraz minusy takiego rozwiązania. Sam przebieg wirtualnego egzaminu też zdaje się potrzebować kilku usprawnień, ale to raczej jedynie kwestia czasu. Na pewno udowodniono, że pomysł, który początkowo wydawał się nierealny jest jak najbardziej możliwy do wykonania. A tegorocznym absolwentom serdecznie gratulujemy!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s