Artyści zanurzeni w codzienności – rozmowa z Jagodą Stanicką i Kubą Więckiem

Grafika: Sandra Staros

Zanim przedstawię przebieg naszej rozmowy, słów parę o strukturze drożdżowego ciasta, przyprawach i piątalach. Kwintesencja prawdziwej twórczości kryje się przecież w tym wszystkim dookoła, w dźwiękach i wrażeniach niekoniecznie zanotowanych na pięciolinii. 

PIZZA – EKSPOZYCJA 


Artystów rozpoznać można po wielu rzeczach – po tym jak wchodzą na scenę, po doborze odpowiednich harmonii, ale także po tym, w jaki sposób opisują pizzę. Spacerowe tempo, zlewające się ze sobą kontury ludzi i pomników na Krakowskim Przedmieściu, tworzyły przyjemną aurę.  Choć wydawało się, że nic nie jest w stanie jej zmącić, po twarzy Kuby przebiegł nagle niespodziewany cień – „Nie zapytaliśmy, czy taką lubisz”. Nietypowa konsystencja pizzy, którą zamierzaliśmy zamówić, miała bowiem wywołać smakową rewolucję i niejako zachwycić – ba, olśnić! – kubki smakowe osoby, która do tej pory nie doświadczyła tego kulinarnego poznania. Kuba, w dużym skupieniu opowiadał mi o kolejnych warstwach cienkiego ciasta, wykonując przy tym tak plastyczne gesty dłońmi, że owa konsystencja niemal pojawiła się przed naszymi oczami. Jagoda wzbogacała skrupulatną analizę Więcka opisami aromatycznych nut oliwy o aksamitnej wręcz gęstości. Ostrzeżeniem i zachętą zarazem, miała być płynność – nie kruchość, nie lepkość, nie miękkość. Płynność. Tę kwestię Jagoda poruszyła nagle, stawiając niespodziewaną pauzę w partyturze szczegółowej wypowiedzi Kuby. Na moment we dwoje zamarli, rozważając kwestię tej płynności, żeby po chwili – typowo jazzowo, bo jakby na słabą część taktu, kiwnąć głowami i ruszyć w stronę restauracji. Wiedzieli, że po takim preludium żaden gość nie zdoła się wycofać.

JĘZYKOWE PRZETWORZENIE

Niecierpliwie oczekując parujących półmisków, rozważaliśmy kwestię kawusi, stoliczków i wszystkich innych, infantylizujących polszczyznę określeń. Zgadzaliśmy się przy tym, że ze zdrobnieniami należy postępować ostrożnie. Tym razem, nową zaskakującą myśl zapoczątkowała Jagoda. Prawdziwa znawczyni klasycznej formy, która podczas swojej wieloletniej edukacji poznała sztukę polifonii, trzymała nas w napięciu. Rozwiązanie okazało się nietuzinkowe, tak bardzo charakterystyczne dla młodych twórców – „Ostatnio opowiadałam coś Kubie i mówię mu, że zapłaciłam za coś PIĄTALA”. Przyznać trzeba, że ten lingwistyczny zabieg, choć był tylko cytatem, dodał świeżości naszej rozmowie. Wprowadził coś na kształt wariacji, choć w sposób nieoczywisty. Był to w końcu dowód na to, że najcenniejszym elementem każdego dzieła są spontaniczność, świeże spojrzenie i umiejętność modyfikowania zastałych już form. 

fot. Aleksandra Mleczko

REPRYZA

Natalia Borzuta: Jesteście muzykami, którzy mimo licznych sukcesów wciąż zaskakują nowymi osiągnięciami. Dużo pracujecie, żeby rozwijać swoje muzyczne kariery co, jak wiadomo, wymaga wielu godzin ćwiczeń każdego dnia. Jednocześnie jesteście parą. Dwojgiem ludzi, którzy spędzają ze sobą codzienność i te wszystkie pozamuzyczne chwile. Jak to łączycie? Czy pasja i miłość są jednym i tym samym, czy raczej wykluczają się wzajemnie?

Kuba Więcek: Kiedy mieszkałem w Danii zauważyłem, że na porządku dziennym było niepopadanie w pracoholizm tylko bycie skuteczniejszym w krótszym czasie, a potem wypoczynek i spędzanie czasu z rodziną. Nie dostrzegam tego wśród moich znajomych w Polsce. Tam przestrzeń osobista była istotną rzeczą. Od tego czasu wziąłem to do serca i jak zacząłem być w związku z Jagodą to było dla mnie istotne, żeby poświęcać jej odpowiednio dużo czasu, a nie na przykład być zbyt długo poza domem. Może Jagoda mogłaby lepiej powiedzieć, czy zdarza mi się zaniedbywać relację z nią z powodu tego co robię. 

Jagoda Stanicka: Wydaje mi się, że z mojej strony jakaś wyrozumiałość też musi się pojawić. Kiedy Kuba ma swoje projekty i nad nimi pracuje, nie wymagam wiele uwagi. Myślę, że zrozumienie i dojrzałość bardzo pomaga. Pamiętam, że jak zaczęliśmy być ze sobą to miałam duży problem, żeby nie myśleć ciągle: muszę poćwiczyć. Wtedy jeszcze byłam na początku studiów. 

Często miałaś takie myśli? 

Jagoda: Miałam takie myślenie, że muszę cały czas ćwiczyć. Bo zawsze tak było, byłam tylko ja i muzyka, a nagle coś się zmieniło. Gdy pojawił się Kuba, nie umiałam sobie z tym poradzić. 

Czyli jednak pasja i miłość będą miały zupełnie inną definicję? 

Kuba: Dla mnie zdecydowanie. 

Jagoda: Tak. Ja też się nauczyłam, że po prostu pojawiło się coś nowego. Muszę to połączyć – układać plan, wykorzystywać czas najlepiej jak potrafię.

Plan dnia? Spotkań? Grafik? 

Jagoda: Zaczęłam zadawać sobie pytania, czy rzeczywiście muszę aż tyle czasu siedzieć w tej ćwiczeniówce. Może można inaczej? To doprowadziło do tego, że stałam się bardziej produktywna i zaczęłam ćwiczyć w większym skupieniu, tym samym poświęcając na to mniej swojego czasu i mieć życie poza graniem. Ale tego też musiałam się nauczyć. 

Kuba: Ja też uważam, że z życia „w normalny sposób” można wynieść równie wiele, co będąc artystą i spędzając czas przy swoim narzędziu pracy. 

Archiwum prywatne

Niby zdrowo jest oddzielać życie zawodowe od osobistego, ale w przypadku tak wrażliwego zawodu, jakim jest tworzenie muzyki, jedno z drugim się łączy. Z drugiej strony, gdy pojawia się miłość, można z tego uczucia czerpać. 

Kuba: Tak, wtedy jest o czym grać. 

No właśnie, skoro jesteśmy już przy graniu. Kuba, w jednym z wywiadów powiedziałeś: „Zupełnie inaczej się komponuje jak dobrze znasz muzyków – zupełnie inna przygoda!”. Pomyślałam sobie wtedy – kto jak nie wy? Doskonale się znacie nie tylko jako dwoje ludzi, ale przede wszystkim pod względem muzycznym. Myśleliście o tym, żeby grać jako duet? 

Kuba: Nie wiem czy bym chciał się w to pakować, gdyż ja z ludźmi, z którymi gram, niezależnie od tego czy jesteśmy super przyjaciółmi, czy się ledwo znamy, przechodzę na bardzo profesjonalną relację. Przez to bałbym się, że coś takiego mogłoby nam w jakiś sposób zaszkodzić. Jestem też pewnego rodzaju dyktatorem.

Jagoda: Despotą! [śmiech]

Kuba: Tak, despotą. I po prostu nie wiem, czy chciałbym tak traktować Jagodę.

Jagoda: Nie wiem jak to by zadziałało akurat w naszym przypadku. Zresztą my nigdy o tym nie myśleliśmy. Ja teraz zaczynam swoją drogę artystyczno-twórczo-wykonawczą i nie chciałabym, żeby była ona postrzegana jako coś, w czym pomógł mi Kuba. Chyba wolimy się teraz skupić każdy na sobie od tej twórczej strony. 

A tak zupełnie dla siebie?

Jagoda: Tak to sobie czasem coś zagramy, wiadomo. Dla siebie. Ale nie myślimy o tym na poważnie na razie.

Muzyka dla każdego jest trochę czymś innym. Widzimy i definiujemy ją w nieco odmienny sposób. Rodzi się więc pytanie – czy jak gracie dla siebie, wspólnie słuchacie muzyki, rozmawiacie o niej, to czy postrzegacie ją w podobny sposób, czy macie dwa różne obrazy?

Jagoda: Myślę, że różnie ją definiujemy. Przede wszystkim, lubimy inne rzeczy. Może to jest dobre, bo na samym początku znajomości wysyłaliśmy sobie zupełnie różną muzykę. Ciekawie było poznawać się od tej strony. Do tej pory tak jest – Kuba mi coś pokazuje, ja mu coś innego proponuję. Myślę, że mamy inną estetykę. 

Kuba: Tak, ale na pewno się gdzieś spotykamy. 

Gdzie jest ten wspólny punkt?

Jagoda: Oczywiście są rzeczy, które nam obojgu się podobają.

Kuba: Znamy swoje gusta mniej więcej. Wiemy co się komu spodoba, a co nie. 

Jagoda: Ale też pokazujemy sobie skomponowane utwory i zawsze coś sobie podpowiemy. Niezależnie od tego czy to polubimy, czy nie. Po prostu dajemy merytoryczne wskazówki. 

No właśnie, bo przecież obydwoje macie ogromne doświadczenie, tylko trochę inne. Kiedy ty Jagoda grałaś godzinne recitale w salach koncertowych z potężnym programem klasycznym – Mozart, Chopin, Szymanowski – ty Kuba, poszukiwałeś własnego języka muzycznego na jazzowych studiach w Kopenhadze, podczas licznych jam session. Nie sposób więc nie spytać o wzajemną inspirację. Jak to u was wygląda? 

Jagoda: Dla mnie to było otworzenie oczu. Kiedy Kuba zaczął mi opowiadać, jak wyglądało jego życie muzyczne, w jaki sposób gra, jak do tego podchodzi, zupełnie zmieniłam swoje spojrzenie na muzykę i na to jak wykonywać utwory. 

Co na przykład?

Jagoda: Nie wiedziałam, że mogę improwizować, pisać swoje utwory. Nie wiem, czy miałabym śmiałość zacząć to robić na poważnie, gdybym go nie poznała.

A czy ty Kuba czegoś „zazdrościsz” Jagodzie? Wykształcenia klasycznego? 

Jagoda: Ja wiem czego! Tego, że jak coś leci w radiu to ja wiem co to! [śmiech]

Kuba: Co prawda chodziłem przez dwanaście lat do klasycznej szkoły muzycznej, ale w tym czasie w ogóle nie interesowała mnie muzyka klasyczna. Tak naprawdę zmieniłem swoje podejście dopiero gdy studiowałem jazz i w ogóle nie znałem repertuaru klasycznego. Jagoda cały czas mnie uświadamia w tym zakresie. Jest moją przewodniczką. 

fot. Aleksandra Mleczko

Jagoda: Czuję się wtedy mądra – „O, ktoś o tym nie wie!”. Przez to, że zawsze miałam kontakt z równieśnikami, którzy uczyli się tego samego, to często rozmawialiśmy na przykład o jakiejś ciekawej symfonii. Kuba tego nie zna. I to jest też fajne. Dzięki temu, że poznaje ten świat dźwiękowy dopiero teraz, widzi coś, czego ja wcześniej nie dostrzegałam. Zupełnie inaczej słucha, na inne rzeczy zwraca uwagę. To bardzo odświeżające dla mnie. 

Kuba: Poza tym uważam, że każdy od każdego się może uczyć. Niezależnie od tego w jakim jest miejscu. Mam uczniów, których uczę jazzu na saksofonie i oczywiście oni mogą się ode mnie czegoś nauczyć, ale działa to także w drugą stronę. Każdy ma trochę inne spojrzenie na wszystko i jak się ma otwartą głowę zawsze można skorzystać z konfrontacji z innym człowiekiem.

Jakiś czas temu miało miejsce wydarzenie, które w konfrontacje obfituje, te artystyczne i te międzyludzkie. Projekt muzyczny, który łączył muzykę jazzową i pieśni Jana Kochanowskiego. Czy fakt, że Kochanowski to klasyk, sprawił, że Jagoda była twoją przewodniczką także tutaj? Czy przybliżyła ci trochę specyfikę klasycznej formy, czy jednak do tego projektu podchodziłeś „po swojemu”? 

Kuba: Zupełnie po swojemu. Sposób, w jaki cały tekst został użyty, zostawiłem w rękach Pauliny Przybysz, która zdecydowała się użyć go bardzo plastycznie. Ja też lubię być na granicy dwóch różnych ekstremów. Dlatego uznałem, że skoro muzyka, która towarzyszyła tym tekstom była dosyć niecodzienna i ona sama w sobie mogła być dużym zaskoczeniem dla słuchacza, to rozsądne było użycie tekstu w bardziej standardowy sposób. Chociaż i tak Paulina ma swój wyrazisty język, na przykład rapuje i to już samo w sobie jest inne.

Dzięki temu słuchacze, którzy znają dorobek Jana Kochanowskiego, mogli spojrzeć na te dzieła w zupełnie inny sposób. Można powiedzieć, że jest to ożywienie jego twórczości. 

Jagoda: Dla mnie ciekawy był też proces pracy Kuby. Ja bym do tego zupełnie inaczej podeszła. Wydaje mi się, że wgłębiłabym się najpierw w teksty i na ich podstawie tworzyła muzykę. A Kuba chyba robił odwrotnie. 

Kuba: Najpierw powstała muzyka. Powstało mnóstwo muzyki! 

Jagoda: No właśnie.

Kuba: A potem Paulina sama wybrała, który tekst wybiera do danego utworu. Tak naprawdę było mnóstwo utworów, na początku elektronicznych, dopiero później akustycznych, z których powstało ostatecznie trzynaście. 

Rzeczywiście nietypowe podejście! W zasadzie jest to doskonały przykład sytuacji, w której wyodrębniają się, wcześniej wspomniane, różne perspektywy. Okazuje się, że wykształcenie i podejście do muzyki determinuje nie tylko samo jej brzmienie i formę, ale także podejście do pracy nad nią. Wiemy już jaka była – nazwijmy to – kolejność, a jak wyglądał sam rozwój pomysłu? 

fot. Aleksandra Mleczko

Kuba: Pod koniec stycznia 2020 roku wraz z Jagodą przeprowadziliśmy się do Berlina. Cały ten pobyt poświęciłem na uczenie się nowej rzeczy, jaką była produkcja muzyczna. Zacząłem wtedy codziennie robić nowe utwory elektroniczne. Można to nazwać różnego rodzaju bitami czy innymi produkcjami elektronicznymi. Stworzyłem ich od tamtego czasu dość dużo. Na dzień dzisiejszy wydaje mi się, że jest tego w sumie może z dwieście. 

Wspaniały wynik. 

Kuba: W momencie, kiedy pojawiła się propozycja takiego projektu, pomyślałem, że bardzo korzystnym sposobem współpracy z Pauliną będzie wysłanie jej tych utworów i poczekanie aż wybierze te, które jej się najbardziej spodobają. Dzień później otrzymałem od niej dwanaście utworów z już zaśpiewanymi tekstami.

W jaki sposób? Dokomponowała własną melodię, czy na melodii twoich kompozycji?

Kuba: Paulina po prostu wymyśliła melodie, które jej do tych utworów pasowały, a potem zacząłem aranżować tę muzykę dla całego zespołu. Dla mnie to było pierwsze doświadczenie z kimś kto śpiewa, kto używa tekstu, więc w trakcie prób wiele realizowaliśmy na bieżąco, bo wcześniej nie umiałem sobie tego do końca wyobrazić. Ale jest to o tyle ciekawy proces, że był odwrotny niż zazwyczaj.  

Biorąc pod uwagę wyjątkowość projektu, ta nietypowa kolejność nie powinna dziwić. 

Kuba: Tak. Ja też wiedziałem, że Paulina będzie się czuła bardziej komfortowo i trochę ją to uskrzydli, jeśli zaczniemy od muzyki elektronicznej, która jest bliższa jej sercu, niż jakbym pokazywał jej partytury w nutach. Ona otrzymała po prostu gotową muzykę na tacy. To szybszy i przyjemniejszy tryb pracy.

fot.: NOSPR/G. Mart

Po raz kolejny zazębiają się tutaj różne definicje muzyki. Paulina dostrzegła Kochanowskiego w kompozycjach, które powstały w oderwaniu od jego twórczości. To pokazuje, że każdy widzi w muzyce to, czego akurat szuka. 

Kuba: Tak, tak. Co więcej, wydaje mi się, że za każdym razem zagramy tę muzykę w inny sposób.

Dlaczego?

Kuba: Bo jestem na samym początku drogi. Poza saksofonem używam trzech syntezatorów, a Łukasz Żyta i Michał Barański grają też na innych instrumentach, na których wcześniej nie grali i każdy się ich dopiero uczy.  Ja mam jeden syntezator, który jest bardzo zaawansowany, więc prawdopodobnie za pół roku dużo lepiej go opanuję. Będę mógł z niego więcej wykrzesać.

Jagoda: Ale teksty Kochanowskiego się nie zmienią. 

Kuba: Teksty się nie zmienią. Chociaż nigdy nie wiadomo. 

Jagoda: Od tyłu będziecie je śpiewać. 

Kuba: No, zobaczymy. 

To co można zauważyć w waszej twórczości to przeplatanie się różnych gatunków. Jeden motyw, który zawiera w sobie od razu cały sens. Ty Kuba eksperymentujesz z formą, przesuwasz granice między jazzem, a muzyką elektroniczną. Nie boisz się nawet mówić wprost, że muzycy klasyczni czy jazzowi powinni poszukiwać nowych brzmień łącząc swoją twórczość na przykład z muzyką popową. To samo widać u ciebie, Jagoda. To przecież właśnie z tych, wcześniej wspomnianych, ogromnych form, które wykonywałaś udało ci się wyrwać i zmienić perspektywę. Proste, czasem minimalistyczne motywy, w których kryje się cały sens kompozycji. Tak dzieje się w przypadku Illume, który swoją premierę miał 17 kwietnia zeszłego roku. Czy to jest coś co was łączy – dążenie do „muzycznej esencji”?

Jagoda: Ja dużo się nauczyłam od Kuby. Nie miałam nigdy nauczyciela kompozycji, więc to jego zawsze podpytywałam. No i Kuba często powtarzał, że powinnam zawrzeć jak najmniej informacji w kompozycji, szczególnie na początku. Mówił, że prostota króluje. Dziwiło mnie to, bo wykonywałam do tej pory potężne dzieła. Przykładowo, nie wiedziałam, że jak improwizuję, to nie muszę grać nie wiadomo jakich gam, skomplikowanych pasaży, akordów. Mogę zagrać trzy dźwięki zamiast siedmiu i będzie okej. 

Ile zajęło ci zrozumienie tych pozornie prostych zasad?

Jagoda: Dużo czasu. Musiałam się przestawić mentalnie. Już dawno miałam plany, żeby tworzyć coś swojego, ale nie widziałam jak. Na pewno Kuba pomógł mi w zmianie nastawienia, oswajałam się powoli z myślą, że mogę tworzyć swoją muzykę nie będąc po studiach kompozycji. Jeśli chodzi o Illume, w tym przypadku kierowałam się tym, że bardzo lubię muzykę minimalistyczną. Dużo jej słuchałam, grałam też etiudy Philipa Glassa, więc to na pewno była inspiracja, która została w mojej głowie. Podobał mi się fakt, że z prostego motywu, w umiejętny sposób można stworzyć cały utwór.

Nie da się ukryć, że poza minimalizmem w twojej muzyce jest też dużo energii i wigoru, coraz to bardziej ekspresyjne zabiegi i eksperymentowanie z harmoniką – czy to wpływ Kuby, czy jesteś po prostu coraz odważniejsza w tych kompozycjach? 

Jagoda: Wydaje mi się, że to jednak moje inspiracje z przeszłości. Bardzo lubiłam barok, klasycyzm i współczechę. Teraz mam zespół z Tamarą Kurkiewicz, perkusistką. Ona również siedzi w bardzo „współczesnych” klimatach. Chcąc nie chcąc, te moje wcześniejsze klasyczne doświadczenia mają ujście w tym co robimy. Nie chciałabym zamknąć się tylko na muzykę minimalistyczną. Właśnie dlatego Katarynka, nasz drugi utwór, jest zaskakująco inny niż Illume. 

Jagoda Stanicka, Tamara Kurkiewicz fot. Aleksandra Mleczko

Jak wyglądał proces przestawiania się z pianistki klasycznej na kompozytorkę? 

Jagoda: Musiałam się odkręcić po prostu. Wzięłam urlop dziekański na uczelni, żeby odejść na trochę od tamtejszych wymagań i repertuaru klasycznego. Potrzebowałam przestrzeni, żeby skupić całą uwagę na nowych rzeczach, które chcę rozwijać. 

To było powolne uwalnianie się. Przekonywanie, że to co robię jest okej. Mówiłam sobie, że nie muszę pisać od razu wielkich brahmsowskich form jako Jagoda, tylko może to być coś prostszego. Szczególnie, że muzyka teraz właśnie do tego dąży. Chyba już wszystko powstało i teraz ludzie wracają do prostoty. Im mniej jest informacji tym bardziej utwór czy piosenka, cokolwiek, jest lepiej przyswajalne. Sama zauważam, gdy słucham muzyki, że takie skondensowane formy mi się podobają. Kiedy jest za dużo informacji w utworze, ciągle pojawia się nowy materiał, to przestaje nadążać o co chodzi. Więc to ciągła analiza czego dzisiaj ludzie słuchają, jak inni tworzą i co mi się podoba. Tak to chyba ewoluowało.

Kuba: Wydaje mi się, że bardzo istotną kwestią dla osób, które zaczynają tworzyć jest to, żeby prędzej czy później zaakceptować fakt, że popełniamy błędy. Otworzyć się na to, że im więcej tych błędów popełnimy, tym szybciej do czegoś dojdziemy. Na pewno warto skomponować sto utworów, z których dziesięć będzie udanych, niż tylko dziesięć udanych. 

Cenna jest też umiejętność zadawania sobie pytań: „Gdzie teraz jestem i do czego zmierzam?”. A potem mieć jeszcze odwagę cofnąć się i zacząć od podstaw, żeby móc kiedyś to wszystko połączyć. W jednym z wywiadów powiedziałeś Kuba, że aby dalej się rozwinąć, właśnie to musiałeś zrobić – mieć pokorę, żeby zacząć uczyć się nowej rzeczy od zera. 

Kuba: Wydaje mi się, że warto być otwartym. Jeżeli dwanaście lat ćwiczymy grę na fortepianie klasycznym to możemy założyć, że wyciągamy z tego nie tylko wiedzę zawodową, ale też pewne wartości uniwersalne. Jeżeli po tych latach stwierdzimy, że chcemy grać pop, to nie żałujmy, że zmarnowaliśmy ten czas na klasykę, tylko nauczmy się z tego czerpać wiedzę, doświadczenie i świadomość, że ta edukacja nas w jakiś sposób ukształtowała.

Jagoda: Dokładnie. Właśnie czytam teraz książkę „Kreatywność” Osho, i tam jest dokładnie to samo napisane. Co ciekawe, przykład był muzyczny. Jakiś muzyk zapytał Osho: „Co mam zrobić, gram zachodnią muzykę klasyczną i nie mam już do tego chęci, nie wiem co począć.” W odpowiedzi usłyszał, że musi na chwilę zapomnieć o wszystkim, czego uczył się przez te kilkanaście lat i zająć się jakimś rzemiosłem. Być nawet hydraulikiem! Ale połączyć wszystko, czego dowiedział się podczas edukacji muzycznej, z nowym rzemiosłem. Stworzyć nową jakość, dodać pracy hydraulika powiew świeżości. I potem zresetowany, z nowym doświadczeniem, wrócić znowu do muzyki. To będzie zupełnie nowe! 

Czasem mam tak, że siedzę i mówię Kubie „Nie wiem co napisać. Co mam dalej robić?” A on mi odpowiada, żebym napisała cokolwiek. Żebym skończyła ten utwór i zaczęła następny. Nie ma co się zastanawiać.

fot. Kamil Wasiluk

W jednym ze swoich listów Mozart napisał, że pomysły „niemal latają w powietrzu”. Okazało się, że obok niego mieszkali inni muzycy, którzy ćwiczyli w tym samym czasie różne wprawki i utwory. W jaki sposób wy dzielicie się przestrzenią? Czy podobnie jak Mozart łapiecie pomysły za sprawą partnera lub partnerki ćwiczącej tuż za ścianą?

Kuba: Zanim się wprowadziliśmy do obecnego mieszkania, przez trzy lata mieszkaliśmy w kawalerce, gdzie mieliśmy po prostu jeden pokój. Kiedy rozpoczęła się pandemia wprowadziliśmy się do większego mieszkania, gdzie możemy się rozdzielić i każdy ma swój. Po tym doświadczeniu to naprawdę ogromny luksus. Ja ogólnie przywykłem do komponowania muzyki w każdych warunkach. Dużo podróżuję i chcąc nie chcąc muszę czasem coś zaaranżować albo skomponować w nierzadko bardzo głośnych warunkach. Tak też zwykłem pracować, także nie jest to dla mnie problem. Nie czuję, że w jakimkolwiek stopniu Jagoda mi przeszkadza. 

Jagoda: Ja mam trochę inaczej. Nie miałam nigdy takiego treningu. Zazwyczaj ćwiczyłam sama i nikt mi nie przeszkadzał. To też jest zupełnie co innego i właśnie tutaj widać różnicę w naszym wykształceniu i doświadczeniu podczas pracy. Ja muszę mieć ciszę i spokój. Z drugiej strony, gdy Kuba jest obok, to napędzamy się wzajemnie. Zjemy, wypijemy kawę i rozchodzimy się do pracy. Fajnie jest wiedzieć, że osoba obok pracuje, robi podobną rzecz. Dzięki temu obecna jest większa motywacja wewnętrzna. Kiedy zaczęłam się spotykać z Kubą, to zaczął dużo więcej ćwiczyć. Podobno mówił „skoro Jagoda ćwiczy, to i ja będę w tym samym czasie ćwiczył”.

Wracając na chwilę do tej wypitej kawy i szeroko pojętej codzienności. Jak to jest, kiedy dwie osobowości w przerwie od ćwiczeń i kompozycji spotkają się przy ekspresie – czy spieracie się, w jaki sposób dzisiaj zaparzycie kawę? Czy wchodzicie sobie w drogę jako artyści zanurzeni w rzeczywistości?

Jagoda: To już takie związkowe pytanie. 

Kuba: Na pewno każde z nas ma swoje domowe przyzwyczajenia.

Jagoda: No i też inaczej podchodzimy do pewnych rzeczy. Ty coś ugotujesz po swojemu, 
a ja mam inny pomysł na przyrządzenie tego samego dania.

Kuba: Na pewno jakieś moje cechy muzycznego lidera przenikają do sytuacji, w których musimy chociażby coś wspólnie ugotować.

Jagoda: Tak, ja w kuchni jestem pomocnicą, robię wszystko, o co Kuba mnie prosi [śmiech]. Podobnie jest, kiedy zaczęłam się uczyć produkowania muzyki na komputerze. Gdy się o coś pytam Kuby, to zmienia się właśnie w takiego lidera – powie coś stanowczo, ja trochę się przestraszę i już wolę potem sama się uczyć. 

Czyli gdzieś role muzyków i partnerów siłą rzeczy się krzyżują? 

Jagoda: Tak. Więc gdybyśmy mieli zespół to ja nie wiem co to by było. 

Archiwum prywatne

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s