Czuła siła kobiety – rozmowa z Ewą Błaszczyk

Tekst ukazał się pierwotnie na łamach publikacji „WRAŻLIWOŚĆ 2020”, która powstała w wyniku warsztatów dziennikarskich „Młodzi kontra dramat vol. 2”. Projekt został zorganizowany dzięki współpracy STUDIO teatrgalerii i portalu dwutygodnik.com.

Grafika: Sandra Staros

Ewa Błaszczyk: Teraz, w lockdownie, siedzę i szukam materiału, który można zrobić, żeby nie zwariować.

Natalia Borzuta: Taka „Nerwica w granicach normy”.

No, powiedzmy, że normy.  

My się teraz śmiejemy, ale ma pani rację. Jak ktoś nie ma czym się zająć, to może zwariować. Artyści mają to szczęście, że tworzą sobie rzeczywistość, wyznaczają zadania, które pozwalają im się skupić na czymś konkretnym. Mogą stworzyć sobie w ten sposób schronienie, prawda?

Mają szansę, tak. Każda kreacja, każde tworzenie czegoś, każda walka. Myślę, że to ma też lekarz robiący operację. To samo ma pilot, który jest odpowiedzialny w trudnej sytuacji. To są wentyle.

Jak to jest – stworzyć postać, która pozwala zupełnie oderwać się od „tu i teraz”? To musi być wyzwalające.

Zdarza mi się brać udział w przedsięwzięciach, gdzie jestem oddalona od tego, co jest mi bliskie. Staram się wtedy zrobić pewien rodzaj delikatnej karykatury. To jest bardzo łatwe, kiedy się to robi. Jak człowiek sobie to nazwie „karykatura”, to można to zrobić na serio, ale generalnie się z tego śmiać.

Czyli po prostu kwestia przesunięcia sobie w głowie jakiejś granicy i już można?

Tak. Tak grałam na przykład Zoję w serialu „Dom”, właśnie na takiej zasadzie. Poszłam do kosmetyczki, zrobiłam sobie takie długie pazury. Na tym polega ta karykatura, żeby na przykład stroić się w pewne rzeczy, które absolutnie nie mają nic wspólnego z osobą, która wchodzi w rolę. Ale to jest figura. Natomiast wolę skomplikowane figury, które są mi bliższe. Tamto to bardziej odrobione lekcje. 

Taka zabawa?

Zabawa, praca, jak by tego nie nazwać. 

Czyli te bliższe figury nie są tylko pracą tylko są już czymś…?

Co trzeba przepuścić głęboko przez organizm. Czasem też piosenka, która jest o czymś prawdziwym, bardzo długo dojrzewa. Tak jak mówił Brel, na przykład pięć lat. Wystarczy posłuchać, jak śpiewa Édith Piaf tę samą piosenkę przed śmiercią swojego ukochanego i po przerwie, po jego tragicznej śmierci. To są dwie różne osoby, dwie różne piosenki.

 No tak, bo ładunek emocjonalny jest zupełnie inny. Jest coś dodanego.

Suma pewnych przeżyć i to jak to dojrzewa z różną publicznością w różnych okresach naszego życia. Tylko musi być też tekst i muzyka, które to uniosą i są w stanie te historie zawrzeć. Te moje śpiewania były zawsze bardzo blisko mnie. Jak dany problem się ode mnie „odkleja” to się odkleja tak na zawsze. Wtedy piosenka będzie już tylko na płycie, bo nie jestem w stanie w podobny sposób jej już przeżywać. Ale jest parę tekstów które ciągle są i będą aktualne.

W czasie swojej największej walki miałam tytuł z Kleyffa „I poczucie szczęścia… nawet gdy wichura”. To jest ten okres walki. Potem, jak się zamknął ten etap, to się wzięłam za modlitwę Riedla. To się wtedy nazywało „Pozwól mi spróbować jeszcze raz” – tamte drzwi się już zamknęły, czyli zostaje tylko to co przed nami. Wtedy na przykład bardzo w czymś takim lubię śpiewać „Konie” Wysockiego z polskim tekstem Osieckiej. Tam jest tak duże wyrzucenie emocji, wykrzyczenie wszystkiego, że to jest cudowne i oczyszczające. Mocno uzdrawiające.

Wtedy nie trzeba przeżywać tego jeszcze raz w rzeczywistości?

To tworzy harmonię emocjonalną. Działa jak psychoterapia. Także to jest wielkie szczęście móc w trudnych sytuacjach przelać coś na papier, czy w eter, jeśli to jest muzyka. Dla ludzi, którzy mogą to zrobić to jest wentyl. Cudowny, wspaniały.

Wspomniała pani wcześniej o chęci tworzenia skomplikowanych postaci. Czy to ona sprawiła, że nawiązała pani więź z literaturą Oriany Fallaci – włoskiej pisarki i reporterki? 
Co sprawiło, że pani się nią zainteresowała?

Zafascynowała mnie jej uczciwość. Taka dziennikarska. Nie pisała o rzeczach wymyślonych, tylko musiała je naprawdę przeżyć i ich dotknąć. To było rzetelne, czego mi bardzo brakuje dzisiaj, gdzie się tworzy artykuły czasem totalnie wymyślone. Ktoś komuś coś powiedział, to jest niesprawdzone. Ta rzetelność mnie zafascynowała. I uczciwość. Tu jest bardzo wiele wątków, bo pragnienie miłości, właśnie ta rzetelność zawodowa i uczciwość w życiu prywatnym.  To mnie w niej poruszyło. Potem przeczytałam wszystkie jej teksty i teksty związane z nią, żeby się tak z nią zżyć po prostu.

I udało się to pani?

Myślę, że tak. 

A czy są rzeczy, z którymi się pani nie utożsamia? Fallaci jest przecież kontrowersyjną postacią – jedni ją uwielbiają, a drudzy uważają, że jej poglądy są niewłaściwie i niepoprawne. 

One są przeżyte. Ja nie mogę zaprzeczać faktom, prawda? To znaczy, jeśli ktoś jest jakiś 
z jakiegoś powodu i to się wszystko zgadza, to nie ma z czym dyskutować.

Czy Fallaci może być, wobec tego, wzorem silnej kobiety?

Ona była i silna, i krucha. To tak nie można powiedzieć, że ona taka silna. Bo była na przykład kompletnie bezradną, bezsilną dziewczynką w relacjach z facetami. Czy w takich prywatnych sprawach. Jak dostała Honoris Causa, to dedykowała go matce. Bardzo mocno zapamiętałam coś, co leży u podstaw pewnego myślenia i pewnego odczuwania, czyli jej relację z matką. 

Pewnego dnia, gdy była małą dziewczynką, zdejmowała jej koszulkę przez głowę i zobaczyła, że matka płacze. Zapytała ją wtedy „dlaczego płaczesz”? No to ona nie potrafiła jej odpowiedzieć wprost, ale powiedziała jej „Pamiętaj, żebyś się w życiu uczyła i żebyś była niezależna i żebyś była wykształcona.” A Fallaci jej na to mówi „Ty też dużo robisz!” Nie, odpowiedziała matka – ja jestem niewolnikiem w domu. I tak dalej, i tak dalej. 

Poza tym ona była bardzo związana z Włochami i z rodziną, z ojcem, z matką. Te więzi były po prostu bardzo mocne! I to, że wyjechała stamtąd to też nie był taki pomysł, że sobie pojedzie ot tak do Nowego Jorku, tylko z czegoś to wynikało. Ona w wieku dziewięciu czy dwunastu lat, na prośbę taty, woziła granaty w główce kapusty na rowerze. Widziała jeńców amerykańskich. Widziała bardzo dużo i bardzo wcześnie. I potem była korespondentką wojenną i tam też wiele widziała. Mówię po prostu znowu o tym samym – żeby czegoś dotknąć, naprawdę przeżyć, żeby mieć swoje własne emocje na dany temat. 

Jaki wyglądał proces powstania monodramatu „Oriana Fallaci. Chwila, w której umarłam”, w którym wciela się pani w rolę Oriany?

Romek Grzela skompilował to wszystko. Skomponował tak, żeby były główne wątki z jej życia. Potem zamówiłam taki album w wydawnictwie włoskim. To był album fotograficzny. Fallaci tam sobie zrobiła taki „ołtarzyk” ze swojego życia. Zobaczyłam, że w tym ołtarzyku pojawiają się te wątki, które są w naszym scenariuszu: jest matka jak robi na drutach, jest jej zdjęcie – szczęśliwe z uśmiechniętym Alecosem. Są trzy kulki wyjęte z jej organizmu, paczka fajek, kaseta magnetofonowa i to zdjęcie, które ktoś zrobił w czasie ataku w Meksyku. Aha, no i czeska okładka z jej książki „List do nienarodzonego dziecka”. Taka, którą uwielbiam.

Dlaczego? 

Bo zwykle poczęte dziecko rysuje się gdzieś w brzuchu, w jakichś wnętrznościach. A tu po prostu jest twarz kobiety, czaszka kobiety, która z tyłu głowy ma embrion. 

Bardzo symboliczne. 

To jest moim zdaniem po prostu bardzo mocne. No i też, że tak powiem, na całe życie. Nie ważne, czy to się dobrze skończyło, czy to się źle skończyło, to po prostu tam siedzi w mózgu.

„Tak, tak, tak wiem – jesteś, istniejesz!” – pisze Fallaci w „Liście do nienarodzonego dziecka” po tym, jak odkrywa, że sama myśli o nienarodzonym dziecku, sama jego świadomość, wywołuje psychosomatyczne reakcje (mokre dłonie, spocona skóra). Jak coś, co wywołuje realne efekty, może nie istnieć? – zastanawia się Włoszka. Te słowa wypowiada również pani, wcielając się w jej postać w monodramacie. Co pani sądzi o takim przemyśleniu?

„Zawsze się bałam, chociaż bardzo na ciebie czekałam.” Potem jest przejście do „Moja matka mnie nie chciała.” A na końcu, kiedy wie, że już nie ma tego dziecka, mówi „Jestem taka dumna, że wydobyłam cię z nicości, bo nic nie jest gorsze od nicości.” Więc tak, to polega na świadomości. To nie jest figura, tylko to po prostu żyje. I nawet jak tego nie ma, to i tak żyje.

W świadomości. 

W świadomości. Właśnie dlatego mi się ta okładka czeska tak podoba. Także tak – myślę, że to tak jest, że to powołane życie – po prostu jest. 

Powiedziała pani o jednoczesnej sile i kruchości. Drugą postacią, która łączy te dwie cechy jest Joan Didion – kobieta, która straciła męża, a następnie ciężko chorą córkę. Na podstawie jej książki „Rok magicznego myślenia”, w której opisywała swoje trudne doświadczenia, również stworzyła pani monodramat.  W jaki sposób przekładanie cudzego doświadczenia na sztukę pomaga pani w życiu prywatnym?

To był w ogóle mój pierwszy monodram w życiu, ale bardzo dla mnie ważny. Był tam wątek dla mnie osobisty. Pisałam do autorki o pewnej paralelności losu i bardzo walczyłam przy pracy nad tym, żeby to nie było jeden do jeden. Starałam się zachować rolę – żeby nikt nie patrzył na mnie prywatnie.

Jak pani to robiła? 

Czytałam to wielokrotnie, zadawałam sobie pytanie, czy jestem w stanie emocjonalnie to dźwignąć. Stawić czoło temu, że jednak wykonuję rolę na scenie. Pomyślałam w końcu, że dam radę to zrobić i bardzo się z tego ciszę, bo było to też taką fantastyczną autoterapią. I tak jak ona musiała napisać książkę, żeby się uporać z tym wszystkim, no to ja jestem aktorem to wyszłam na scenę. 

Domyślam, że żeby doświadczyć tej terapii, trzeba też wiele poświęcić – emocjonalnie.

Jest świetny dokument na Netflixie o Joan Didion, który zrobił jej bratanek. On jest bardzo wnikliwy, więc widać, że robił to ktoś, kto jest głęboko w to zanurzony. Pokazuje między innymi, jak spalał się jej organizm. Był moment, w którym wszyscy przyjaciele martwili się o nią, bo ona już ważyła trzydzieści dziewięć kilogramów. Także płaciła wysoką cenę za to, że najpierw napisała tę książkę, a potem przerabiała ją dla Vanessy Redgrave na monodram. 

Widziała ją pani w tej roli, zanim sama się w nią wcieliła? 

Tak, zawsze staram się wnikać głębiej i może do Nowego Jorku nie pojechałam, ale już do Londynu poleciałam zobaczyć Vanessę Redgrave w tym. Oczywiście to było w National Theatre i była ogromna widownia – ludzie młodzi, w średnim wieku, starsi, także tutaj ten rozstrzał był bardzo duży. Mówiąc krótko była i gigantyczna scena I gigantyczna widownia, ale pomyślałam od razu, że w Polsce to tak nie przejdzie, taki rodzaj przedstawienia. Od razu wiedziałam, że będziemy to robić na małej scenie.  

Dlaczego? 

Bo Londyn ma to do siebie, że ludzie podjeżdżają do teatru wygodnym samochodem, który jest ciepły, a po spektaklu idą na miłą kolacje jeszcze porozmawiać o sztuce. U nas rzadko tak się dzieje. Idziemy na coś mocnego, tragicznego, a potem w samotności wracamy. Pomyślałam, że po prostu nie jesteśmy w tym samym położeniu i to zadecydowało w ogóle o małej formie, o innym rodzaju kontaktu z takim przekazem. 

Czy jest jeszcze jakaś kobieca osobowość, która panią intryguje? Ma pani kolejny monodram w szufladzie?

Czekam teraz na tekst o Peggy Guggenheim. Przeczytałam jej biografię – postać niezwykła, wspaniała. Ale jest też lockdown, siedzimy w domu, więc szukam sztuki jednoosobowej, maksymalnie dwuosobowej, którą mogę zrobić między łóżkiem a fotelem. A sztuka, do której się teraz przymierzam jest bardzo trudna. 

Dlaczego?

Dlatego, że to co jest na wierzchu ma taką konstrukcję impresjonistyczną. To są takie plamy. Nie ma linearnej opowieści. Ona potem się tworzy, ale emocje, które są pod spodem trzeba poukładać. 

Czyli najpierw trzeba zbudować portret psychologiczny, żeby później go porozbijać 
na kawałki?

Tak, najpierw trzeba zbudować cały ten świat pod spodem, żeby później wiedzieć, w którym miejscu tego się jest i wiedzieć co to wyzwala z naszego organizmu, więc długo dojrzewa coś takiego. I na pewno pierwsza konfrontacja z tym będzie pełna stresu, bo to jest proces. To nawet z Fallaci jest proces. Bo jest różnica między, jak pisze Didion, wyobrażeniem, a przeżyciem. Nawet najbardziej wrażliwy człowiek, jak sobie wyobrazi coś, to to są lata świetlne do sytuacji przeżytej.  

Pisze pani pamiętnik? Chciałaby pani stworzyć kiedyś sztukę w oparciu o swoje życie 
i doświadczenie
?

Nie mam takiej potrzeby, na razie. Nie jestem też chyba osobą, która lubi o sobie opowiadać. Wolę jednak móc sięgnąć po coś, co jest obok, a nie bezpośrednio tutaj. Była taka propozycja, żeby zacząć robić film fabularny inspirowany naszym życiem. Pomyślałam, że jeszcze jest za wcześnie na to. Że coś jest jeszcze w drodze i nie ma żadnej puenty. Coś tam się wydarzyło, ale myślę, że to nie jest ten moment jeszcze. 

Ja też w życiu nie wymyślam za dużo. Przeżywam wszystko intensywnie i po prostu coś do mnie przychodzi. Z Didion nie było tak, że pomyślałam, że ja to chcę zrobić – uznałam, że muszę to zrobić. Potem było tylko pytanie czy dam radę to udźwignąć, ale jak później zobaczyłam, że są osoby, które przychodzą na widownię po raz siódmy to zdałam sobie sprawę, że ktoś też ma potrzebę przejść przez to wszystko. To jest trochę taka obsługa żałoby, straty „na pilota”. Ludzie wracali, żeby jeszcze raz przez to przejść i potem dzielili się odczuciami, mówili, że to dla nich bardzo ważne.

Czyli ta myśl „muszę to zrobić” miała zwiastować oczyszczenie nie tylko dla pani jako aktorki, ale też dla widza.

Tak, to miało taką funkcję.

Dużo pani mówi o przepływie energii między ludźmi, o tym, że to jest zdrowe i konieczne, żeby się rozwijać i rozumieć. Co można zrobić, żeby w kontekście aktualnych protestów ta energia między kobietami – wszystkimi kobietami – tymi maszerującymi po ulicach, tymi stojącymi pod kościołami i tymi, które siedzą w domu i nie potrafią się określić – zaczęła przepływać?

To jest w ogóle taki stan, kiedy mamy nerwy pod skórą, prawie na wierzchu. W takich chwilach bardzo łatwo o wybuch, o agresję, o prowokację. Ja sama czuję taki stan i bardzo się przed nim bronię – żeby nie wchodzić w tego typu wibracje. Staram się to wszystko uspokoić.

Jak pani „uspokaja” niespokojny stan? 

Na pewno dobrą metodą, zresztą w każdej trudnej sytuacji, jest praca. Taka zadaniowość: trzeba to wykonać i to ma sens. I w tym czasie, kiedy mamy przed sobą jakiś cel i zaczynamy pracować, nie myślimy o tej drżączce. A czas fantastycznie wtedy płynie. Więc jeśli myślimy o tym, żeby przetrwać do jakiegoś punktu, to ta metoda się sprawdza.  

Jak miałam kryzys w 2000 roku w swoim życiu prywatnym, to pamiętam, że zadzwoniła do mnie Dorota Czupkiewicz i zapytała „co ja mogę zrobić dla ciebie, żeby ci pomóc?” Ja jej odpowiedziałam, żeby napisała mi tekst piosenki o tym, że rzucam wędkę na drugi brzeg rzeki i po żyłce się przeciągam przez tę wodę i potem jestem na drugim brzegu. I napisała mi przepiękny tekst:

„Otwieram okno
I nagle Ziemia
Rusza do słońca.
Więc się przedzieram
Z nią przez gąszcz cienia.”

I to na tamten okres było bardzo pomocne. W ogóle uważam, że praca jest cholernie ważna. Ale żeby utrzymywać równowagę i mieć jakiś wentyl to potrzebuję sztuki do tego. Szukam tych sztuk, przeczytałam już ok dwudziestu w ostatnim czasie. Ale oczywiście, poza tym dużo się dzieje. Tu się toczy budowa „Budzika” dla dorosłych na Bródnie, tu robimy remont dachu „Budzika” dla dzieci, tu robimy program naukowo-badawczy, który też jest bardzo ważny i dla mnie osobiście bliski, no bo tu jest światło i nadzieja dla pacjentów. W nauce się po prostu tyle dzieje, że być może okaże się coś fantastycznego i będzie przełomem, jeśli chodzi o regenerację mózgu. Także po prostu jest co robić. Ale żeby utrzymywać równowagę i żeby był jakiś wentyl, to potrzebuję sztuki. Żeby to nie była tylko medycyna i budowlanka, bo to nie są te obszary które mnie uspokajają czy dają mi plaster na duszę. 

Cały czas mam też nadzieję, że kiedyś wyjdziemy z tej pandemii, bo mi bardzo brakuje ludzi. Nie jestem instagramowo-facebookowo-sms-owa. Tylko po prostu bardzo potrzebuję oczu drugiego człowieka, mowy jego ciała, energii. Bardzo do tego tęsknie, potwornie mi jest źle bez tego. Takie ersatze by trzeba było budować. Każdy na swój własny użytek. Rozmowa, którą teraz toczymy, nawet na Skype, też jest lecząca.

Dla mnie jest bardzo lecząca, choć z jeszcze jednego powodu. Brakuje mi kontaktu z osobami, które emanują takim spokojem jak pani. Wiele osób określa panią jako silną, niezłomną, tworzy pewien określony wizerunek. A przecież bije też od pani ogromny spokój i ciepło!

Bardzo często zostają po nas łatki. Interpretacje. Właśnie Fallaci miała taką łatkę. Ma do dzisiaj. Starałam się to zburzyć, bo ona była dużo ciekawsza niż ta jej łatka! Poza tym, ja, odkąd pamiętam bardzo się wystrzegam oceniania ludzi. Bo jak zaczyna się oceniać, to się gdzieś kończy nasz rozwój, zapadają jakieś klapki na oczy. Bardzo lubię, jak wszystko jest otwarte. To jest oczywiście trudniejsze, ale dużo bardziej rozwojowe. 

Pewien rodzaj łatki przypisuje się też kobietom. Tymczasem, czytając „Rok magicznego myślenia” Didion oraz „Wściekłość i dumę” Fallaci dostrzegłam coś, co je wyraźnie łączy i odróżnia od ogólnie przyjętej estetyki. Joan, we wstępie do swojej książki napisała: „(…) rytm słów, zdań i akapitów kryje w sobie rzeczywisty sens” po czym dodała „ale nie tym razem”, Oriana z kolei napisała: „Dbam o rytm frazy, o kadencje strony, o dźwięk słów – o metrum.” I również po chwili dodała „ale nie tym razem”. Czy kobiety w obliczu problemu, trudnej sytuacji życiowej lub społecznej powinny zrezygnować z estetyki, która jest poniekąd wpisana w ich naturę na rzecz realności, surowości? 

Zrezygnować z samokontroli. No cóż, myślę, że po prostu w sytuacjach maksymalnego zagrożenia cała ta literatura i teoria i wszystko… jest po nic. Nie wiem, jak to jest tak zwanym natchnieniem, które niektórzy pisarze czy malarze, czy kompozytorzy uznają za coś, co im każe coś tworzyć. Ale na pewno są też takie sytuacje, w których to organizm wybucha po prostu. I nie ma wtedy w ogóle myślenia, że to reguła czy rytm. To wszystko jest wtedy gdzieś poza, jest nieistotne. Idzie po prostu jakaś wielka siła – wielkie szczęście, wielki ból albo wielki strach. I wtedy chyba nie ma miejsca na to wszystko dookoła.

Skojarzyło mi się to z ewolucją muzyki – kompozytorzy w pewnym momencie zaczęli rezygnować z tradycyjnej harmonii, na rzecz dysonansów i eksperymentowania z formą. I to się wszystko zadziało, kiedy muzyka zaczęła opisywać nie tylko estetyczne piękno, salony, życie arystokracji, ale problemy ludzi z marginesów, brzydotę. Tam już przyjemne frazy nie pasowały.

My się w ogóle zmieniamy w czasie. To wszystko ewoluuje. Kanony muzyki, tekstu, pewnej estetyki aktorstwa czy śpiewania. To się bardzo zmienia. Im bardziej jesteśmy współcześni, tym bardziej to jest z naszego punktu widzenia ludzkie, normalne, brudne w jakimś sensie. Kiedyś się mówiło „ł” przedniojęzykowozębowe. Dzisiaj to strasznie sztucznie brzmi, jednakowoż tak było. Kobiety na ekranie były zawsze takie „zrobione”, był jakiś taki kanon. Potem był rodzaj kokieterii damskiej, pewnego uśmiechu czarującego, pewnego stylu zachowania. Dzisiaj w nocy oglądałam „Gambit Królowej” i widzę jak tu się fajnie zmienia. Tam można zobaczyć jak przez oko przepływa myśl albo emocja i nie robi się przy tym żadnych min! I to jest fajne. Mi się to bardzo podoba. Kino oczywiście ma szansę na pokazanie tych zmian, teatr nie ma, bo nie może zrobić zbliżenia. 

Teraz w ogóle trwa chyba walka o to jaki wizerunek powinna przyjąć współczesna kobieta. Część kobiet nawołuje do bycia naturalnymi, wrzucają do Internetu zdjęcia bez makijażu, 
z włosami pod pachami. Jeszcze inne twierdzą, że kobieta z natury jest delikatna i powinna swoją urodę podkreślać. Media społecznościowe aż huczą od tego typu grup. Co pani o tym myśli? Jaka kobieta powinna być według Pani? 

Ja w ogóle się nad tym nie zastanawiam! Ani przez ułamek sekundy. To znaczy w ogóle nie rozumiem tak sformułowanego pytania: „Jaka kobieta powinna być?” A cóż to znaczy w ogóle? Mamy jakąś osobowość, coś robimy, czymś się zajmujemy. I czasem mamy ochotę tak wyglądać, a czasem mamy ochotę inaczej wyglądać. Wydaje mi się, że najfajniejsze jest to, co idzie ze środka i jak to ma dzisiaj wyglądać. Jak mi przyjdzie ochota się pomalować, bo to czemuś służy, albo czuję taką potrzebę, to to zrobię. A potem będę chodzić miesiącami bez tego. I to jest OK. Tylko wydaje mi się, że przede wszystkim trzeba być w zgodzie z samą sobą. Żeby nie robić rzeczy sztucznych. No po prostu po co to? Wydaje mi się to strasznie powierzchowne.

Wrzucanie zdjęć do sieci również zalicza się do tej powierzchowności? 

Ja nie mam kompletnie takich potrzeb, żeby wrzucać informacji, że gdzieś byłam, że się fotografuję, że sobie zrobię selfie, że gdzieś to puszczę. Po co w ogóle zawracać sobą głowę innym ludziom? To może być ciekawe dla najbliższych osób, może jak ktoś nas o to zapyta. Ale żeby fotografować to jajko co zjadłam na śniadanie? Po prostu mnie to poraża. Przeraża, poraża i przestaję kapować. 

Może to kwestia pewnego rodzaju egoizmu? Ludzie są skoncentrowani na sobie, więc siłą rzeczy chcą to pokazywać innym, aż dochodzimy do momentu, w którym każdy krzyczy o sobie. Chociaż może egoizm to za duże słowo?

Mam takie ładne zdanie w tej sztuce, do której się przymierzam. Kiedy bohaterka mówi o sobie „Czy można nienawidzić swoich własnych dzieci? Ja jestem tego najlepszym przykładem, bo myślą tylko o własnych tyłkach w szklanych wieżowcach.”

„Short form”, ale jest coś na rzeczy. Jest taki egocentryzm w ogóle. To przeświadczenie, że jesteśmy bogami, że podporządkujemy sobie ludzkość, naturę. Wydaje mi się, że ten rodzaj pysznego myślenia jest marny. 

Czy on dominuje według pani teraz? 

Myślę, że idzie fala takiego myślenia… tak. Połączona z gwałtem na tych, co myślą jeszcze inaczej. Albo z pogardą.

A co można doradzić wszystkim tym, którzy myślą inaczej? Jak szukać gruntu, kiedy płynie się pod prąd?

Ja myślę, że trzeba być w zgodzie ze sobą i ze swoim własnym wnętrzem i mieć swoje własne zdanie. To, co chciałam przywołać w Fallaci, to pewien niezależny sposób myślenia, bo to jest bardzo cenne. Ja miałam szczęście w podstawówce mieć cudowną nauczycielkę, w ogóle spotkać taką osobę, która zamieniła naszą klasę łobuzów, w ludzi którzy analizowali poezję, teatr, książki. Naprawdę to się da zrobić, jeśli podejście jest uczciwe. Żeby nie wymagać od kogoś „Co poeta chciał powiedzieć?” tylko żeby małe dziecko naprawdę miało odwagę powiedzieć co czuje w związku z tym. Bo każdy ma prawo poczuć co innego! Warto to w sobie pielęgnować, bo to daje wolność, a reszta jest manipulacją.

Tak jak Fallaci używa określeń „Jestem ateistką, dzięki Bogu” a jednocześnie pisze „List do nienarodzonego dziecka” w którym właśnie jest ta symboliczna grafika z embrionem z tyłu głowy.

Absolutnie tak. Joan Didion też jest ateistką, ale proszę przywołać sobie finał „Roku magicznego myślenia”, kiedy ewidentnie jest w tym Bóg! Kiedyś zrobiłam wywiad z Jackiem Kuroniem, to było tuż przed jego śmiercią, u niego w mieszkaniu. On, nie wierząc w Boga, powiedział „Jednak najważniejsze jest żyć Ewangelią.” 

Nie jestem osobą, która błądzi Bóg wie gdzie – chodzę twardo po ziemi. Ale jestem bardzo otwarta czy to na medycynę Wschodu, czy na różne rzeczy, które mogą się zdarzyć. Bo się zdarzają. I one przychodzą z zewnątrz jakbyśmy mieli opiekę. Nie wiem jak to się dzieje, ale jestem na to otwarta, nie umiem tego skreślić. 

Często pani używa określenia „niebieski scenariusz”. Takie podejście daje chyba nadzieję, że ten nasz los jest zaplanowany w takim dobrym sensie. 

Tak, że się mamy rozwijać i wchodzić na coraz wyższe szczeble rozwoju. Że życie nie jest tylko doświadczeniem egzystencjalnym, ale, że coś tam jeszcze więcej jest. Zresztą takie podejście zmienia przede wszystkim jakość naszego życia. 

Wydawać się może, że u pani ten scenariusz zapisany był od początku. Zwierzyła się pani kiedyś, że jako młoda dziewczyna chciała zostać psychologiem. Dzisiaj, wystarczy posłuchać Pani rozmów, obejrzeć postaci, które tworzy Pani na scenie, żeby samemu doświadczyć pewnego rodzaju katharsis, może nawet poczuć chęć zmiany w życiu. Sama pani mówi „Mamy swój zapis losu.”

Ten rdzeń kręgowy został, oczywiście. Absolutnie mam świadomość jakimi prawami rządzą się psychologia, psychiatria, stany emocjonalne. Całe życie właściwie szukam ról, które są wielopoziomowe i skomplikowane. Dokładnie tak samo się buduje taką postać, jak się grzebie w ludzkich emocjach i mózgu. Także w tym sensie to co było podstawowe i zawsze we mnie było – zostało.

Pamiętam co mówił mój ojciec, jak wybierałam aktorstwo. Dowiedział się w ostatniej chwili. Mówił „Ewuniu, ja bym wolał, żebyś wybrała sobie coś takiego, co jest mierzalne, a nie że ktoś będzie cię oceniać i interpretować, bo zawsze będziesz zależna od tego, co o tobie powiedzą. Mogłabyś być inżynierem. To się da zmierzyć, policzyć…” A ja mu na to, że to jest kompletnie nie dla mnie. Zawsze się bałam matmy i miałam kłopoty z takimi sprawami. No i jak żeśmy sobie spokojnie o tym pogadali, to zrozumiał to w pełni. I potem już zawsze za mnie trzymał kciuki.

Czyli decyzja o zdawaniu do szkoły aktorskiej była spontaniczna?

Ja miałam iść, tak jak mówiłam, w obszar psychiatrii, psychologii, ale byłam też bardzo nieśmiała w pewnym okresie życia i miałam z tym problem. A ponieważ miałam kontakt przez przyjaciół ze szkołą teatralną to zaczęłam chodzić na ich przedstawienia dyplomowe. Wtedy skojarzyłam fakty, że tak samo mogę grzebać w emocjach, budując postać. Z tą różnicą, że to się nie dzieje naprawdę.

I jeszcze próby spektakli się odbywają o dziesiątej i nie trzeba iść na ósmą do roboty. Ale mimo wszystko się bałam przed egzaminami wstępnymi, bo nigdy wcześniej nie mówiłam żadnego wiersza publicznie – na żadnej szkolnej akademii, nigdzie. Więc miałam sama ze sobą taką umowę: zdaję raz i jak się nie dostanę no to idę tam, gdzie miałam iść. No ale się dostałam. 

Wspominała pani kiedyś, że podobne wsparcie daje pani teraz swojej córce Mariannie. Żeby znalazła swoją własną drogę, ale nie idąc ścieżką już wydeptaną.

Tak, to jest bardzo ważne, żeby to co będziemy w życiu robić pasjonowało. Żeby było takim stałym elementem, który buduje spokój i harmonię. Bardzo jest niedobrze robić coś na co się nie zgadzamy wewnętrznie. Tak się zaczyna powolutku umierać. „Step by step”. To takie negatywne rzeczy, które nam niszczą osobowość, psychikę, emocje i wszystko. Zawsze bardzo chciałam znaleźć taką swoją ścieżkę. Czasem to dłużej trwa, zmieniamy fakultety, skręcamy w inną stronę, ale wydaje mi się, że warto być cierpliwym i poświęcić czas na to poszukiwanie, byle tylko dojść do sedna sprawy, do tego co naprawdę jest w nas. 

Żeby się – jak to pani często powtarza – chciało chcieć. Podoba mi się taka filozofia życia. 

To jest rozwój, a gdzie nas zaniesie? To też jest taki fajny scenariusz, że nie do końca wiemy, prawda?

A może życie to działanie? Wpływ? Przykładem jest Pani Ola – zrobiła tyle dobra, nieustannie w niezwykły sposób wpływa na innych – zaczynając od najbliższych, kończąc na reszcie świata. Czy sensem życia nie jest więc właśnie działanie?

Myślę, że ja bym bez niej nie miała takiej siły czy motywacji. Po prostu, dopóki ona trwa, to ja i bliscy mi ludzie robimy to, co ona nam każe. I to cały czas jest w toku. Dlatego mówiłam o tych działalnościach naukowo-badawczych, że to jest taki przełomowy moment. Klinika się buduje – to widać na zdjęciu, na filmie – to jest taki materialny wymiar, ale tak naprawdę to co ona nami robi – to jest takie ważne.

Jestem niecierpliwa i czasem zmagam się z tym, że coś idzie za wolno. Muszę to wtedy opanować, bo idzie jak idzie. I nie przyspieszy się tego, co dzieje się w laboratoriach na świecie. Ale trzeba pamiętać, że ciągle otwierają się jakieś pola. W tej chwili ta pandemia nam to troszkę utrudnia. W sytuacji, kiedy mamy konferencje międzynarodowe, gdzie są specjaliści z różnych dziedzin, to łatwiej byłoby nam się spotkać w Warszawie, ale nie latają samoloty, więc robimy to na Zoomie. W październiku się tak widzieliśmy. To była bardzo długa konferencja, ale bardzo owocna. Teraz trzeba to rozłożyć na czynniki pierwsze i krok po kroku to realizować. Z Polską Akademię Nauk, w laboratorium ze zwierzętami, potem z profesorem Maksymowiczem i jego teamem. To wszystko musimy pchać do przodu.

Ale najważniejsze, że to wszystko mimo przeszkód cały czas do przodu idzie.

Wolniej. I tutaj trzeba lejce ściągnąć, i się nie wściekać, tylko poczekać.


Link do całej publikacji:

https://www.teatrstudio.pl/storage/app/media/uploaded-files/wrazliwosc-2020.pdf

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s