Netflix kolejny raz reanimuje nasze dzieciństwo – „Kajko i Kokosz” powracają jako animowany serial

Powroty do sentymentalnych wspomnień bywają różne. Czasem wiążą się z miłymi retrospekcjami i uronieniem emocjonalnej łzy, a kiedy indziej z gorzkim rozczarowaniem oraz szczerym smutkiem. Netflixowy „Kajko i Kokosz” balansuje pomiędzy tymi skrajnymi reakcjami, pozostając przyzwoitą animacją, ale w żadnym razie wybitną.

Główni bohaterowie serialu: Kajko, Kokosz i smok Miluś. Źródło: Netflix

Zawarte w tytule „nasze dzieciństwo”, to w przypadku „Kajko i Kokosza” pojęcie dość obszerne i właściwie wielopokoleniowe. Bowiem okres ukazywania się kolejnych albumów o przygodach dzielnych wojowników, a zarazem szczyt ich popularności wśród polskich czytelników, to lata 80., a więc czas, kiedy nawet do znalezienia się w planach moich rodziców było mi dość daleko. Dlatego moment pierwotnego zachwycania się lekkością i dowcipnością „Kajko i Kokosza” przypada raczej na dzieciństwo mojego ojca, niż moje. Jednak także i ja, będąc kilkuletnim szkrabem, ochoczo zapoznawałem się z nowszymi wydaniami komiksów Janusza Christy, ku radości mojego taty, który dumnie oznajmił, że „skoro podobają ci się takie komiksy, to może jednak coś z ciebie wyrośnie”. Czy rzeczywiście coś ze mnie wyrosło, to już sprawa dyskusyjna, ale nie zmienia to faktu, że w początkowych klasach szkoły podstawowej zaczytywaliśmy się z kumplami w kolejnych przygodach „Kajko i Kokosza” (docenienie jakości i szczegółowości rysunków Janusza Christy przyszło dopiero z wiekiem). Stąd też moje odwołanie do „naszego” dzieciństwa, czyli tak właściwie kilku pokoleń. Tego, czy dzisiejsze młode osobniki wciąż zaglądają do albumów „Kajko i Kokosza” w sumie nie wiem, ale (patrząc na fakt, że obecnie czytanie czegokolwiek w papierowej wersji nie jest częstym zjawiskiem) śmiem niestety wątpić. Od czego mamy jednak nowoczesne formy rozrywki, a konkretnie platformy streamingowe. Netflix, jak na ambitnego lekarza przystało, postanowił nie pozwolić odejść „naszym” wspomnieniom w niepamięć i zdecydował się na reanimację „Kajko i Kokosza” w formie kilkunastoodcinkowej animacji. Cel jest taki sam, jak w przypadku podobnych powrotów po latach – zaciekawić i zatrzymać nowych widzów oraz zagrać na sentymentalnych wspomnieniach tych starszych i stworzyć dzieło „w którym każdy odnajdzie coś dla siebie”.

Najpierw jednak należy się kilka słów wyjaśnienia dla tych, którym nigdy nie było po drodze z polskimi komiksami. „Kajko i Kokosz” to seria komiksów autorstwa Janusza Christy, która w latach 70. zaczęła ukazywać się w prasie (przede wszystkim w „Wieczorze Wybrzeża” oraz „Świecie młodych”), a w latach 80. była już publikowana jako osobne albumy. W sumie spod ręki Christy wyszło czternaście tomów przygód Kajko i Kokosza, a w późniejszych latach ukazały się jeszcze trzy, pod nazwą „Kajko i Kokosz – Nowe Przygody”, choć te były już stworzone przez innych autorów (ciekawostka: przed Kajko i Kokoszem byli Kajtek i Koko, czyli bohaterowie wcześniejszych komiksów Janusza Christy. Choć ich przygody znacznie różniły się miejscem i czasem akcji, to sami bohaterowie mieli charakterologicznie sporo wspólnego z ich bardziej popularnymi następcami). Mówiąc w dużym skrócie – Kajko i Kokosz to taka słowiańska wersja Asterixa i Obelixa (swoją drogą fani jednej i drugiej serii wielokrotnie wzajemnie oskarżali się o plagiat). Mamy więc dwóch głównych bohaterów, z których jeden jest mały i stawia na spryt oraz pomyślunek, a drugi dość pulchny i preferuje rozwiązania siłowe, nie należy do najbystrzejszych bohaterów w historii komiksów oraz  uwielbia jeść w ilościach, na których widok Chodakowska dostałaby zawału. W jednym i drugim przypadku akcja rozgrywa się w osamotnionej osadzie oraz jej zalesionych okolicach, a władzę nad wioską nieskutecznie próbuje przejąć liczna armia, której plany zawsze krzyżują tytułowi bohaterowie. We francuskiej serii przywódcą grodu jest Asparanoiks, a w polskiej Mirmił (obaj równie waleczni, co nieporadni). We francuskiej głównym antagonistą jest Juliusz Cezar, a w polskiej Hegemon. We francuskiej głównym bohaterom nieodłącznie towarzyszy mały piesek Idefiks, a w polskiej równie uroczy smok Miluś. W jednej spotykamy druida Panoramiksa, a w drugiej czarownicę Jagę. I tak dalej, i tak dalej… Także humor w obu seriach jest oparty na dość podobnej konwencji i wędruje na podobne poziomy absurdu. Nie zmienia to jednak faktu, że „Kajko i Kokosza” znać wypada, jeśli nie z powodu fabuły, to przynajmniej przez wzgląd na świetne rysunki i kreatywność autora.

Zdecydowanie najbardziej uroczy bohater netflixowego „Kajko i Kokosza” – smok Miluś. Źródło: Netflix

A jak prezentują się Kajko i Kokosz w nowym wcieleniu, czyli jako bohaterowie netflixowej animacji (warto dodać, że jest to pierwsza oryginalna polska animacja na tej platformie)? Cóż, nie da się ukryć, że jest to produkcja skierowana raczej do młodszych widzów. Sposób przedstawienia przemocy, tempo narracji czy styl wypowiadania się bohaterów jasno sugerują, że jest to zabawa przede wszystkim dla najmłodszych. Starsi może i początkowo lekko się wzruszą widząc na ekranie bohaterów swojego dzieciństwa (szczególnie że produkcja jest naprawdę pięknie animowana i  wizualnie dopracowana!), ale raczej nie wciągną się w fabułę i perypetie głównych postaci. Brakuje w dialogach „mrugnięć oka” do starszego widza (charakterystycznych chociażby dla „Shreka”), przemycenia aluzyjnych żartów, które zrozumie jedynie nieco dojrzalszy odbiorca, a dzięki którym nowy „Kajko i Kokosz” rzeczywiście mógłby być rozrywką dla całej rodziny. Sytuację nieco ratuje forma dystrybucji serialu, która sprawia, że właściwie nim zdążymy się znudzić produkcją, to ta już się kończy. Do tej pory otrzymaliśmy bowiem jedynie pięć odcinków, trwających po 12-14 minut.  Łącznie ma ich być 26, ale kolejną partię otrzymamy dopiero w drugiej połowie roku, a trzecią w 2022 roku.

Z jednej strony fabuła odcinków jest dość wierna komiksowym przygodom bohaterów, ale z drugiej, z racji na czas ich trwania, wydarzenia na ekranie przedstawione są mocno powierzchownie, wiele wątków znanych z komiksowych oryginałów zostało okrojonych i uproszczonych. Dostępne póki co pierwsze pięć odcinków tworzy dość spójną całość, choć każdy z nich to osobna przygoda, dzięki czemu netflixowego „Kajko i Kokosza” można obejrzeć z pewną przyjemnością, choć uczucie niewykorzystania potencjału komiksów wciąż pozostaje. Trzeba jednak zaznaczyć, że dubbingowe głosy Jarosława Boberka (Mirmił) czy Grzegorza Pawlaka (Hegemon) sprawiają, że całość nie tylko ładnie wygląda, ale i także całkiem przyjemnie brzmi. Ech, gdyby tylko fabuła spróbowała choć trochę wyjść poza dziecinny i jednowymiarowy schemat… A tak to otrzymaliśmy coś, co może nie jest bezczelną próbą żerowania na sentymentach fanów, ale także do zachwytów sporo brakuje. Pozostaje mieć nadzieję, że pierwsze pięć odcinków było czymś w rodzaju wstępu i w kolejnych autorzy pozytywnie nas zaskoczą. Reanimacja niby się udała, pacjent przeżył, ale do dawnej formy niestety nie powrócił.

Tytuł: „Kajko i Kokosz”

Dystrybucja: Netflix

Studio: EGoFILM

Data produkcji: 2021

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s