Koronkowe maseczki, foliowe rękawiczki i faszystowska naklejka – warszawski transport publiczny w okresie trochę pandemicznym

Pandemia pokazała w ostatnich miesiącach, że potrafi przyjmować różne oblicza. Jednak w niewielu miejscach jej ciągłe zmiany i wpływ były tak widoczne jak w transporcie publicznym. Szczególnie w ostatnim czasie – niby wciąż pandemicznym, ale z każdym dniem coraz mniej. Bo wirus wirusem, ale przecież jeździć trzeba. Tak samo, ale inaczej.

– Przepraszam, 520 już był? – ciężko oddychając, kobieta w bordowej sukience rzuca rozpaczliwe pytanie w stronę grupki osób zebranych na przystanku. W odpowiedzi otrzymuje dwa niemrawe wzruszenia ramionami, cztery obojętne spojrzenia i trzy reakcje, będące połączeniem zdziwienia z niechęcią do jakiejkolwiek rozmowy, choćby o losach autobusu 520. Być może reakcjom tym towarzyszą także szydercze uśmieszki, bowiem w rzeczywistości tak upragniony przez kobietę 520 odjechał dwie minut wcześniej, ale przez maseczki trudno ocenić, jaki kształt przybrały usta zebranych na przystanku.

Jedna osoba postanowiła jednak nie pozostać obojętną i natychmiastowo udziela kobiecie werbalnej odpowiedzi, choć niewiele mającej wspólnego z treścią pytania. – Co pani tak blisko podchodzi, pandemia przecież jest! Chce nas pani pozabijać?! – odkrzykuje gniewnie starszy pan, odsuwając się na drugi kraniec ławki z prędkością, o jaką większość zebranych na przystanku zdecydowanie by go już nie podejrzewała. – Ja… przepraszam, ja tylko o autobus chciałam… – zaczyna tłumaczyć się kobieta. – Wy młodzi tylko o sobie myślicie, my to już was nic nie obchodzimy! Pewnie pani nie szczepiona nawet! – przerywa oburzony mężczyzna, chwyta laskę i odchodzi, choć wydawało się, że skoro siedział na ławce przy przystanku, to czeka na jeden z autobusów. Zdziwiona kobieta, czując na sobie spojrzenia świadków „rozmowy”, próbuje ukryć wzrok w ekranie telefonu. Ale zaciśnięta dłoń na fałdach bordowej sukienki wyraźnie sugeruje, że kobieta wciąż rozpamiętuje sytuację sprzed chwili i zastanawia się, co było niewłaściwego w jej pytaniu.

Jednak parę minut później z bocznej uliczki nadjeżdża kolejny autobus o numerze 520 i myśli kobiety choć na chwilę zmieniają tor. Ale dla pewności przed wejściem do pojazdu upewnia się dwukrotnie, czy ma założoną maseczkę. A od innych pasażerów, jakby mimochodem, trzyma się krok dalej. W końcu po co prowokować nieprzyjemne sytuacje. Podczas pandemii każdy ma i tak wystarczająco problemów.

Dynamiczne obostrzenia

Od 6 czerwca transportem zbiorowym może przemieszczać się do 75 proc. maksymalnej liczby pasażerów. Według oficjalnych zapowiedzi od 26 czerwca limit ten ma się zwiększyć do 100 proc., czyli właściwie ograniczenia znikną. Co prawda sytuacje, kiedy kierowca rzeczywiście skrupulatnie notuje liczbę pasażerów i odmawia wejścia tym, którzy przekroczyliby limit, można traktować na równi z warszawskimi legendami, ale teoretycznie wciąż jeszcze mogą mieć miejsce.

O dynamice zmieniania się obostrzeń najlepiej świadczą zresztą naklejki na autobusach, informujące o maksymalnej licznie pasażerów (swoją drogą w pierwszych miesiącach pandemii ZTM dumnie informował o dopuszczalnej ilości, a nie liczbie, osób, ale mniej więcej wraz drugą falą zakażeń Zarządowi udało się zaspokoić estetyczne potrzeby niespełnionych dziennikarzy i polonistów). Spod naklejki z liczbą 66 wystają bowiem cztery inne, z innymi liczbami, tworząc swoiste sinusoidalne kalendarium ostatnich miesięcy pandemii i towarzyszących im restrykcji. Ale można chociaż poćwiczyć pamięć – łącząc w myślach prześwitujące cyferki z konkretnymi pandemicznymi okresami. 42 obowiązywało na Wielkanoc czy może podczas zimowych ferii? A to 51 na dłuższym autobusie to z majówki czy może jeszcze poprzednich wakacji? Oczywiście ci z bardziej matematycznymi umysłami mogą sobie jeszcze utrudnić zadanie, dodając do tychże rachunków liczbę dozwolonych miejsc siedzących, pomiędzy jedną a drugą konferencją ministra zdrowia.

Siadanie bokiem

Warszawski Dworzec Centralny, popołudniowe godziny szczytu. W takim momencie dnia dystans społeczny musi niestety bezlitośnie uznać wyższość chęci warszawiaków, aby możliwie szybko dotrzeć do domu. Więc w autobusach ścisk, jedni wchodzą, drudzy wychodzą. Ci pierwsi pośpiesznie zmierzają do metra, ci drudzy subtelnie próbują przepchnąć się przez tłum, aby zająć miejsce w, przez moment, pustym autobusie. Bo z tymi miejscami to teraz nie wiadomo, o czym najlepiej świadczy niezdecydowana mina pana Adama, wpatrzonego w wolne miejsce obok pozornie sympatycznej babci w dużych, zabarwionych na żółto okularach. – Niby już te obostrzenia zdjęli, ale jakoś tak usiąść obok obcej osoby, a tym bardziej starszej… – zdaje się mówić jego wyraz twarzy. – Może wysiądzie na kolejnym przystanku, to wtedy usiądę – myśli.

Ale pozornie sympatyczna babcia nie wysiada ani na najbliższym przystanku, ani na kolejnym. A pan Adam coraz bardziej odczuwa trudy całego dnia pracy w biurze. Wreszcie więc zbiera się na odwagę i podchodzi do wolnego miejsca. Powoli siada, opiera się… ale nogi zostawia jednak z boku fotela, nie chcąc za bardzo zbliżyć się do babci i testować jej faktycznej sympatyczności. Babcia jednak nie reaguje, choć foliowe rękawiczki na jej dłoniach wyraźnie świadczą, że raczej nie traktuje pandemii obojętnie. Jak zresztą większość starszych osób w komunikacji. Bo ile do maseczek przyzwyczaili się już praktycznie wszyscy, o tyle rękawiczki w transporcie publicznym są widoczne jedynie na dłoniach seniorów. Zresztą po wyjściu z autobusu czy tramwaju towarzyszą one seniorom aż do progu domu. W końcu nawet najstarszym rocznikom wciąż niekoniecznie udało się zaszczepić dwoma dawkami, a pierwszą przyjęła dopiero lekko ponad połowa Polaków. W tym pan Adam, ale po pierwsze, pozornie sympatyczna babcia nie może o tym wiedzieć, a po drugie według naukowców zaszczepienie wcale nie jest jednoznaczne z nieprzenoszeniem wirusa. Więc w najbliższym czasie w komunikacji miejskiej foliowe rękawiczki pozostają na dłoniach seniorów.

Ten sam dzień, ten sam Dworzec Centralny. O dziwo do jednego autobusu nie czeka tłumek pasażerów, niewielu też z niego wysiada. To 901, uruchomiona w kwietniu specjalna linia, która kursuje od dworca do Miejskiego Punktu Szczepień Powszechnych na stadionie Legii. W czwartkowych godzinach szczytu siedzi w nim tylko jedna dziewczyna, lekko przestraszona. Przykładana co parę minut dłoń do ramienia sugeruje, że kobieta nie wykorzystuje 901 jako nowego środka dojazdu do domu, tylko zgodnie z jego zakładanym celem. A jednak „szczepionkowy” autobus kursuje właściwie pusty. Mimo to dziewczyna kupuje bilet w automacie, wciąż zerkając na swoje ramię. Przezorności nigdy za wiele.

Torba niezgody

To nie był dobry dzień dla pani Aldony. Jedyne o czym marzyła, to gorąca kąpiel w domu. Wystarczyło tylko wsiąść do metra, dojechać kilka stacji do Imielina i marzenie to mogło stać się bardzo realne. Pani Aldona wsiadła więc, jak to ma w zwyczaju, do ostatniego wagonu. Okazało się, że i sama podróż może być przyjemniejsza, bowiem pani Aldona dostrzegła jedno wolne miejsce na dwuosobowym siedzisku. To znaczy nie do końca wolne, bo spoczywała na nim siatka z zakupami, której właścicielka siedziała obok. – Ale przecież co to za problem, wystarczy poprosić, w końcu nikt nie będzie kazał stać człowiekowi, żeby siatka poleżała. Prawda? – pomyślała pani Aldona. Jednak oczekiwania szybko zderzyły się z rzeczywistością. – Nie proszę pani, jest koronawirus, dystans musi być! – odpowiedziała właścicielka torby oburzonym głosem, dziwiąc się, że ktoś może nie rozumieć takich oczywistości. 

Jednak dla pani Aldony przegranie rywalizacji o miejsce w metrze z torbą z zakupami przelało tego dnia czarę goryczy. Pani Aldona więc po prostu usiadła na siatce. – Co pani robi?! Specjalnie chce mnie pani zarazić? Mam policję wezwać?! – z dość zrozumiałym zdziwieniem w głosie zareagowała właścicielka torby. Co więcej, jak przekonali się pasażerowie podczas kolejnych okrzyków, którymi zaczęły obrzucać się panie, właścicielka torby jest szczególnie wyczulona na swoje zdrowie. Niedawno ktoś w jej rodzinie zmarł na koronawirusa, a więc, zgodnie z nieomylnymi zasadami klątwy, teraz jest duża szansa, że ona będzie kolejna. Niestety właścicielka torby nie  zdążyła wyjaśnić, jaką klątwę ma na myśli, bowiem obie panie szybko doszły do wniosku, że najskuteczniejszym sposobem na rozwiązanie sporu o zachowanie dystansu będzie wzajemna szarpanina. Oczywiście, jak na czasy pandemiczne przystało, panie szarpały się w maseczkach. Zwycięzcy sporu jednak nie stwierdzono. Być może dopiero pewne testy wykażą, że w tym przypadku mieliśmy jednak dwóch przegranych, nawet jeśli walka toczyła się w słusznej sprawie.

Maseczki jak bielizna

– Te maseczki to czasem niezły żart jest. Te koronkowe to przecież więcej dziur niż materiału mają. Gdyby chociaż wyglądały ładnie, ale daleko im do tego… – opowiada Edyta, studentka fotografii, spędzająca ostatnimi czasy w komunikacji więcej czasu niż we własnym mieszkaniu. Rzeczywiście, podróżując warszawskim transportem publicznym łatwo zauważyć, że w kwestii maseczek panuje duża różnorodność.

Najpopularniejsze niezmiennie są niebieskie, materiałowe. Jednak tuż za nimi są czarne, z grubszej nici, dostępne w większości sklepów spożywczych. Nie brakuje także droższych egzemplarzy, które już z daleka wyglądają profesjonalnie. Dwa duże filtry powietrza i  solidny, zwykle biały, materiał informują, że właściciel takiej maseczki do pandemicznych niedowiarków zdecydowanie nie należy. W ostatnich miesiącach coraz powszechniejsze są także maseczki z różnymi symbolami i wzorami. Dominuje czerwona błyskawica, symbol Strajku Kobiet, oraz tęcza, znak tolerancji. Jednak nie brakuje także polskiego orła, oryginalnych kolorów czy nawet postaci z gier i bajek. Są wreszcie i wspomniane przez Edytę maseczki koronkowe, przypominające kobiecą bieliznę. Co prawda niespecjalnie zasłaniają usta czy nos, ale niektórym pewnie mogą się podobać. A że nie spełniają swojego zadania? – Paniusie muszą się przecież pokazać – komentuje Edyta. – W sumie i tak wiele osób uznało już chyba, że pandemia się skończyła i noszą maseczki na brodzie, więc te dziurawe nagle nie wydają się takie złe.

Naklejka na jednym z wagonów warszawskiego tramwaju: „tylko dla zaszczepionych”. Co prawda nie ma żadnej mocy prawnej i została zapewne naklejona przez jednego z frustrowanych niechęcią części społeczeństwa do szczepień przechodnia. A może wręcz przeciwnie, to głos środowisk antyszczepionkowych, próbujących zrównać ograniczenia wobec osób niezaszczepionych z segregacją rasową? Tak czy inaczej siła przekazu pozostaje. Szczególnie przy pokaźnej, czarnej czcionce na białym tle. U jednych wzbudzi zapewne zrozumienie, czy wręcz poparcie, w końcu ileż ta pandemia może trwać. Innym naklejka może skojarzyć się z nazistowskim napisem „Nur für Deutsche”, umieszczanym podczas okupacji na warszawskich tramwajach. Zresztą styl czcionki wskazuje właśnie na taką inspirację autora, choć intencje miał zapewne znacznie odmienne. U większości napis wzbudza jednak obojętność. Warszawscy pasażerowie przechodzą obok, zazwyczaj wpatrzeni w ekran telefonu. Drzwi się zamykają, odjazd. Bo przecież podczas pandemii też trzeba jeździć. Inaczej, ale jednak tak samo.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s