Wiatr historii od Wełtawy

To tutaj stał największy pomnik Stalina w historii. Tu miały miejsce tragiczne wydarzenia epoki komunizmu. Centrum Pragi przesiąknięte jest historią, którą warto poznać przed odwiedzeniem tego niezwykłego miasta. 


Aby zobaczyć Pragę z takiej perspektywy, trzeba wspiąć się na wieżę widokową stojącą w ogrodach zwanych Petřínské sady.
fot.: @marie_jaworska

Wybierając się do jakiegoś kraju po raz pierwszy, warto mieć ze sobą dobrego przewodnika. Ci, którzy choć trochę interesują się Czechami, mogą się domyśleć, że doskonałym przewodnikiem po tym kraju jest Mariusz Szczygieł, a właściwie jego książki. Szczęśliwym trafem złożyło się, że jedna z nich wpadła w ręce autorce tego tekstu na kilka dni przed spontanicznym wyjazdem za naszą południowo-wschodnią granicę. Czytając “Gottland” – bo taki właśnie tytuł nosi ów wydany 15 lat temu zbiór reportaży – rozmyślała ona o wszystkich opisanych miejscach, w których działa się historia naszych sąsiadów. Historia fascynująca, choćby dlatego, że tak podobna do naszej – polskiej, a jednocześnie tak bardzo od niej różna. Może udałoby się zobaczyć choć kilka z tych miejsc, aby w ten sposób dotknąć przeszłości? – myślała autorka. Niedaleka przyszłość miała pokazać, że Praga jest o wiele bardziej fascynująca, niż mogłoby się wydawać. 

Stalin, którego nie było

Najlepiej widać go z dzielnicy Josefov. Wzrok spacerowiczów przechadzających się prawym brzegiem Wełtawy przyciąga pachnący gąszcz w różnych odcieniach zieleni, mieszających się z fioletem bzów, dopiero co rozkwitłych na wzgórzu Letná. Znad tego morza kolorów, porastającego Letenską pláň, wznosi się ramię ponad 20-metrowego metronomu. Na jego końcu ktoś zawiesił flagę Ukrainy, jedną z wielu wiszących w tym czasie w Pradze. Potężne wahadło przesuwa się miarowo to w prawo, to w lewo. Aż chciałoby się pomyśleć, że odmierza czas do końca wojny, na który tysiące ludzi przybyłych niedawno do miasta czekają z niecierpliwością. Jednak ta gigantyczna wskazówka przesuwa się od ponad 30 lat. Instalację zaprojektował w 1991 roku Vratislav Novák, w celu uświetnienia powszechnej wystawy krajowej, która odbywała się z okazji stulecia podobnego wydarzenia w tym kraju. Całe wydarzenie okazało się jednak nie do końca trafione w miejscu i czasie. Firma organizująca przedsięwzięcie poszła z torbami, a pieniędzy zabrakło nawet na demontaż instalacji. Tak więc na kształt wieży Eiffla, konstrukcja która miała stać przez kilka, czy kilkanaście miesięcy, cieszy oczy mieszkańców oraz licznych turystów do dziś. 

Z dalszej odległości ramię metronomu dostrzeże tylko wprawne oko.
Fot.: Maria Jaworska

Zupełnie odwrotnie było z pomnikiem Stalina, który stał tu na przełomie lat 50. i 60. Wizerunek Ojca Narodów miał być wieczny, jednak – jak pisze Szczygieł – “wieczność trwa osiem lat”. Decyzja o jego budowie zapadła pod koniec lat 40. Całe przedsięwzięcie miało na celu uczcić z wielką pompą siedemdziesiąte urodziny przywódcy. Zorganizowano konkurs na najlepszy projekt, w którym wzięli udział – najczęściej wbrew swojej woli – liczni rzeźbiarze. Każdy starał się jak mógł, aby jego projekt okazał się jak najgorszy i nie został wybrany do zrealizowania. W projekcie jednego z czołowych czeskich artystów Stalin rozkłada ręce, tak aby jak najbardziej przywodzić na myśl Jezusa. Równie usilne próby stworzenia jak najbardziej absurdalnego projektu podejmował także Otakar Švec – rzeźbiarz trochę zapomniany, a na pewno już od dawna nie cieszący się sukcesami. Jego dzieła zostały zniszczone w czasie wojny, a nowy ustrój odbierał artyście swobodę tworzenia. Tym razem otrzymał od państwa niespodziewaną “szansę”, która stała się jednocześnie jego przekleństwem. Dostał od partii pracownię, w której z pomocą architektów –  małżeństwa Štursów – stworzył najpierw gliniane modele. Stalin z pomnika stał na czele zastępu przedstawicieli ludu pracującego z dwóch bratnich krajów – Związku Radzieckiego i Czechosłowacji. I tak z jednej strony podążał za nim robotnik, agrobiolog, partyzantka i radziecki żołnierz, a z drugiej – również robotnik, kobieta pracująca w polu, naukowiec i żołnierz czechosłowacki. “Odważni zaczęli szeptać, że to Stalin, któremu wszyscy włażą w dupę” – trafnie puentuje autor Gottlandu. W umysłach wielu mieszkańców rzeźba wyobrażała także kolejkę po mięso. Piętastometrowe, granitowe postacie stały w tej “kolejce” na trzydziestometrowym, wydrążonym w środku cokole. Projekt wywoływał masę emocji zarówno wśród mieszkańców, których stolicę miałby on “zdobić”, jak i w kuluarach partii. Wśród tych pierwszych nierzadko był on powodem licznych żartów i docinków, wśród drugich – przedmiotem rozważań najwyższej wagi. Pomnik miał być symbolem potęgi, nie mógł więc pod żadnym pozorem wzbudzać śmieszności. Było to, rzecz jasna, nierealne. Wystarczy wyobrazić sobie, jaką wesołość powodowała postać partyzantki, rzekomo trzymającej radzieckiego żołnierza za rozporek. Jednak Otakarowi Švecowi bynajmniej nie było do śmiechu. Musiał znosić ciągłe wizyty smutnych panów, marszczących czoła w zatroskaniu o dobro narodu, który miał przecież patrzeć na – nie tylko największy, ale też najwspanialszy – pomnik Stalina na całym globie. Jak to zwykle bywa ze smutnymi panami, zawsze było coś, co mogło im się w pomniku nie spodobać, bo a to ujmowało godności przywódcy, a to całemu Związkowi Sowieckiemu. Rzeźbiarz powoli tracił kontrolę nad własną psychiką, staczał się coraz bardziej. Najszybciej poddała się jego żona – odkręciła kurek z gazem w 1954 roku. On sam poszedł w jej ślady rok później, na dwa miesiące przed odsłonięciem dzieła jego życia. Huczne odsłonięcie miało miejsce 1 maja 1955 roku, a więc dwa lata po śmierci Stalina. Monument robił wrażenie. Wysokość cokołu sięgała 30 metrów, sam pomnik mierzył połowę tego. Ogłoszono, że jego autorem jest Czechosłowacki Lud. O prawdziwym twórcy nikt nie ważył się wspominać. 

Pomnik Stalina nad brzegiem Wełtawy stał od 1955 do 1962 roku.
Źródło: podroze.onet.pl, Archive Photos/Getty Images

Niedługo jednak Stalin górował nad miastem. W Moskwie Chruszczow wygłosił swój tajny referat, a kult jednostki przestał być pożądany. Wręcz przeciwnie – wszelkie jego objawy należało wyrugować z życia publicznego. Podjęto więc decyzję o wyburzeniu pomnika. Tego zadania podjął się – choć uczciwiej byłoby napisać, że został nim obarczony – pirotechnik Jiri Prichoda. Trzeba było ponad dwóch tysięcy ładunków, trzy detonacje i rok sprzątania okolicy z odłamków, aby pomnik Stalina w Pradze przestał istnieć. Cała akcja była ściśle tajna, nie wolno było jej nagrywać ani fotografować, choć oczywiście znaleźli się śmiałkowie, którzy mimo potencjalnych surowych konsekwencji, podjęli takie ryzyko. O tym, że pomnik kiedykolwiek stał na wzgórzu Letná, publicznie się nie mówiło. 

Dziś, schodząc bezpośrednio z Mostu Čecha, nadal można wspiąć się po monumentalnych schodach, aby z bliska zobaczyć potężny cokół, pokryty mniej lub bardziej udanym graffiti. Jeszcze kilkadziesiąt stopni wyżej i zza ramienia metronomu można rzucić okiem na Pragę. Jej urok bez wątpienia sprawia, że kto tylko może, wdrapie się tam bardzo chętnie. Turyści robią zdjęcia, miejscowa młodzież jeździ na deskorolkach albo pali skręty, a wielka wskazówka metronomu nadal odmierza czas. Po Stalinie została nie tylko nazwa miejscowej kawiarni, ale także niekończące się legendy.

Co się wydarzyło na Placu Wacława?

Do najważniejszych miejsc w stolicy Czech, które nie tylko wyznaczają centrum miasta, ale także noszą piętno zarówno dawniejszej, jak i całkiem świeżej historii, należy Plac Wacława. To szeroka arteria, wzdłuż której znajdują się wystawne kamienice, hotele czy kasyna, a na jej końcu dumnie wznosi się budynek Muzeum Narodowego. Kolos stoi na wzniesieniu u szczytu placu, przez co – jak nietrudno się domyśleć – robi niemałe wrażenie na turystach spacerujących od strony stacji metra  Můstek. Plac w takim kształcie istnieje już od połowy XIV wieku. Najpierw handlowano tu końmi, potem zbożem, aż w końcu miejsce to stało się areną dla manifestacji i wydarzeń politycznych. Sama nazwa pochodzi od pomnika świętego Wacława – patrona Czech – który stanął tu po raz pierwszy w II połowie XVII wieku. Obecnie zastępuje go monument sprzed nieco ponad stu lat. Otoczony postaciami innych świętych patronów ziemi czeskiej, książę Wacław dumnie dosiada konia, powiewając przy tym trzymaną w ręku chorągiewką. Gdyby cofnąć się o kilkadziesiąt metrów, skręcić w ulicę Štěpánską i wejść do holu Pałacu Lucerna, można zobaczyć tego samego Wacława, z takim samym dostojeństwem dosiadającego swojego rumaka. Z tą różnicą, że koń jest najzwyczajniej w świecie zdechły. Wisi kopytami do góry, a z pyska bezwładnie zwisa jego długi język. Trzeba jednak przyznać, że nawet w tak ostatecznym położeniu (a może raczej zawieszeniu?) ma w sobie nie mniej godności, niż jeździec. Autorem tej przewrotnej rzeźby jest David Černy, którego możemy kojarzyć z innymi, równie przewrotnymi dziełami, takimi jak stojący przed muzeum Franza Kafki pomnik dwóch mężczyzn oddających mocz na mapę Czech. Rzeźba wisząca w Pałacu Lucerna, a nazwana po prostu “Koń”, trafnie oddaje filozofię życiową Czechów. A polega ona na tym, że co by się nie działo, trzeba zawsze znaleźć sposób, by iść do przodu, zachowując przy tym odpowiedni dystans do siebie i wszystkiego wokół. Może to właśnie taka postawa pomogła Czechom wyjść z licznych opresji równie skutecznie jak Polacy, a jednak nieporównywalnie mniej poturbowanymi? 

Koń, którego dosiada święty Wacław w hallu Pałacu Lucerna, wygląda nie mniej dostojnie niż jego jeździec.
Fot.: Maria Jaworska

Wróćmy jednak na Plac Wacława, bo to tu miały miejsce wydarzenia o których pisał nie tylko Mariusz Szczygieł. Świadomość zajść, które miały tu miejsce ponad pół wieku temu, wprawia w refleksję i łamie stereotyp, że wszyscy Czesi poddają się bez walki. To tutaj w 1969 roku podpalił się Jan Palach, zwany Pochodnią numer 1. Dwudziestoletni student Uniwersytetu Karola chciał w ten sposób zaprotestować przeciwko najazdowi wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację, który zatrzymał postęp w kierunku liberalizacji i poszerzania swobód obywatelskich w tym kraju. Jednak nadrzędnym celem było obudzenie pogrążonego w marazmie społeczeństwa. Bezpośrednie następstwa tego czynu zapewne zadowoliłyby młodego człowieka, który dokonał tak tragicznego aktu. Ludzie wylegli na ulice, odbywały się protesty, wiece i strajki głodowe. Do szpitala, w którym leżał Palach przysyłano kwiaty i podziękowania. Jego agonia trwała trzy dni, a pogrzeb zamienił się w patriotyczną demonstrację, za którą zresztą karano jej uczestników. Masowo odwiedzano jego grób w praskich Olszanach, co nie podobało się władzom. Dokonano ekshumacji, a skremowane prochy oddano rodzinie zmarłego. Cmentarz w jego rodzinnej miejscowości nie chciał przyjąć ich przez rok, więc tymczasowo trzymano je w domu. Na cmentarz w praskich Olšanach prochy narodowego bohatera powróciły dopiero po 20 latach. 

Pod Muzeum na Placu Wacława znajduje się upamiętniający go pomnik. Jest też tablica, na której oprócz jego nazwiska, widnieje drugie: Jan Zajíc. Ten osiemnastoletni student brał udział w strajkach trwających wówczas w stolicy. Nie mógł pogodzić się z tym, że jego rodacy ponownie zaczynają przechodzić do porządku dziennego nad śmiercią Jana i ponownie zaczynają poddawać się “normalizacji”. Miesiąc po śmierci swojego kolegi, student również podpalił się w okolicy Placu Wacława. Zginął, zostawiając po sobie list, w którym podpisał się jako Pochodnia numer 2. Władze zabroniły organizacji pogrzebu w Pradze, musiano więc wyprawić go w jego rodzinnej miejscowości Vitkov na zachodzie kraju. Nie przeszkodziło to jednak wzięcia w nim udziału dziesięciu tysiącom osób. Oprócz tych dwóch studentów, samopodpalenia z różnym skutkiem dokonało w tym czasie kilkadziesiąt osób. I nawet jeśli po tych wszystkich wydarzeniach ludzie nadal bali się przeciwstawić opresyjnej władzy, to zapewne już wtedy coś w nich pękło. Coś, co musiało dojrzewać przez kolejne 20 lat, aby móc przynieść wolność. Dziś imieniem Palacha są nazywane ulice, buduje mu się pomniki w całym kraju. Czesi pamiętają o swoich bohaterach i próbują wyciągać lekcje na przyszłość. Mimo wszystko, przechadzając się późnym wieczorem wśród straganów na Placu Wacława, czuje się spokój i przede wszystkim radość z posiadanej wolności. Chyba właśnie o to chodziło Janowi. 

W ciepły majowy wieczór na Placu Wacława roi się od turystów, którzy z chęcią kosztują lokalnych potraw, sprzedawanych w drewnianych budkach.
Fot.: Maria Jaworska

Spacer po ulicach Pragi jest o niebo bardziej fascynujący, kiedy na myśl przychodzą wydarzenia, rozgrywające się w tych miejscach kilkadziesiąt lat temu. Upadek poprzedniego ustroju poprzedzony był latami pełnymi trudnych doświadczeń. Bez wątpienia ukształtowały one społeczeństwo i nauczyły radzić sobie z przeciwnościami losu. Warto poznać te niezwykłe, niekiedy dramatyczne historie, które tworzą ten kraj nie mniej niż jego nieprzeciętna architektura, tradycyjna kuchnia czy oryginalna sztuka.  

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s