Historia Szekspira na nowojorskich ulicach powraca

Historia miłości opleciona konfliktem dwóch nowojorskich gangów, na samym Broadwayu była grana 732 razy. Oczywistością więc jest, że takie dzieło nie mogło skończyć się tylko na jednej adaptacji filmowej. Tym razem jej zekranizowania podął się sam mistrz, Steven Spielberg.

West Side Story to z pewnością jeden z najpopularniejszych musicali wszechczasów. Scenariusz tego dzieł zawdzięczamy Arthurowi Laurnestarowi, muzykę  Leonardowi Bernsteinowi, a teksty piosenek wybitnemu Stephenowi Sondheimowi.

Pierwsza ekranizację nakręcona w 1961 r. została nagrodzona 10 Oscarami w tym za najlepszy film, a tym samym szybko zdobyła status kultowej musicalowej adaptacji.
Niedawno do kin weszła najnowsza wersja broadwayowskiego musicalu w reżyserii Stevena Spielberga, po którym spodziewać by się mogło wiele, ale nie dobrego musicalu. Tymczasem Spielberg zafundował nam musical z prawdziwego zdarzenia, który wciąga tak samo jak jego filmowy poprzednik.

Historia na pozór nie zmieniona, lecz niosąca za sobą coś świeżego. Lata 50. Nowy Jork. W tle ruiny, budynki nadające się do rozbiórki, ceglany pył, a między tym wszystkim  starcie dwóch gangów- białych Jetsów i Portorykańczyków Sharków. Dwie wrogie grupy, planują między sobą ustawki, notorycznie wchodzą w bójki, a wszystko po to oby rozstrzygnąć raz na zawsze kto przejmie kontrolę nad zamieszkanym przez nich terenem. Są organizowane różne próby złagodzenia konfliktu między dwoma gangami. Jedną z nich jest zorganizowanie potańcówki w szkolnej sali i zaproszenie obu stron do wspólnej zabawy. W tym samym momencie wchodzimy w znany nam motyw z szekspirowskiego dramatu o Romeo i Julii. Tony to jeden z członków Jetsów. Młody chłopak o polsko-irlandzkich korzeniach, próbuje odciąć się od problemowego gangu, który wciągnął go w problemy z prawem. Na szkolnej zabawie zauważa Marie, Portorykankę, która jest siostrą jednego z głównych członków Sharków. Młoda para zakochuje się w sobie od pierwszego wejrzenia. Niestety pochodzą oni z dwóch wrogich sobie światów, więc nie znajdują wielu zwolenników swojej miłości. Sytuacji nie ułatwia również coraz większe zaognianie się konfliktu między Jetsami a Sharkami.

Spielberg postawił głównie na świeże twarze. Wyjątkiem jest rola Tony`ego – zagrał ją Ansel Elgort znany z takich filmów jak ,,Baby Driver” czy ,,Gwiazd Naszych Wina”. Obsadzenie go w tak dużej roli w tym czasie było dość ryzykowne i nie trzeba było długo czekać na fale komentarzy. Wraz z premierą West Side Story pojawiły się głosy krytyki przypominające, że od roku trwa postępowanie, w którym aktor jest oskarżony o molestowanie siedemnastoletniej  fance. Jego główna rola w tej ekranizacji przez wielu jest traktowana jak strzał w policzek ruchu #MeToo. Mimo wszystko trzeba przyznać, że wpasował się bardzo dobrze w rolę młodego kochanka i oddał jego urok.

W rolę Marii wcieliła się młoda amerykańska piosenkarka Rachel Zegler o wyrazistej latynoamerykańskiej urodzie. Trzeba przyznać, że jak na tak pierwszą poważną rolę została rzucona na głęboką wodę i poradziła z tym sobie bardzo dobrze. Jednak moją ulubiona postacią na której kreację czekam zawsze najbardziej jest postać Anity. W tej kwestii Spielberg również nie zawiódł. Anita to żona Bernardo(brata Marii), która jest uosobieniem prawdziwego hiszpańskiego temperamentu. To kobieta twardo stąpająca po ziemi, ale i potrafiąca wykazać się ogromną empatią i zrozumieniem. Do tej roli idealnie została dobrana Ariana DeBosa, piosenkarka i tancerka teatralna pochodzenia portorykańskiego, które oddała bardzo dobrze charyzmę tej postaci.

Oczywiście nie można tu nie wspomnieć o paru kwestiach, które są istotne dla musicalu. Do choreografii nie można mieć najmniejszych uwag. Była dopracowana w najmniejszego calu-nic w tym dziwnego, skoro powstawała pod okiem laureata nagrody Tony Justina  Pecka. Przy wykonaniu takich utworów jak America ciężko było usiedzieć w kinowym fotelu. Energia i werwa z jaką można było zderzyć się podczas sensu sprawiała, że widz został wciągnięty prosto do tańczącego tłumu. I to jest prawdziwą mocą tego filmu. 

Mimo że fabuła musicalu nie różni się szczególnie od tej, którą widzieliśmy w wersji z lat 60, to Steven Spielberg jednak dopasował ją do czasów współczesnych. Przede wszystkim uautentycznił postacie Portorykańczyków. W ich rolach nie wystąpili już biali aktorzy z sztucznie przyciemnioną karnacją i udawanym hiszpańskim akcentem. Urozmaicił również dialogi hiszpańskim językiem, co jednak okazało się chyba wielkim problem dla polskiej dystrybucji. Przychodząc na film trzeba liczyć się z tym, że napisy są dołączone jedynie do dialogów w języku angielskim. W wersji Spielberga pojawia się również zupełnie nowa postać, która wywołała dość spore kontrowersje w kilku krajach arabskich m.in. w Katarze czy Arabii Saudyjskiej. Jest to tzw. Anybodys, chłopak z grupy Jetsów w ciele kobiety, który jest odrzutkiem tej grupy. Postać odgrywana przez niebinarną Iris Menas od samego początku jest bardzo intrygująca i wyzwoliła we mnie momentami, uczucie niepokoju. Jest to baczny obserwator wszystkiego co widzimy na ekranie. Analizuje, wyciąga wnioski i bierze udział we wszystkich ważnych zdarzeniach.

Często mówi się, że klasyków się nie dotyka, bo nie wychodzi nic z tego dobrego. W tym wypadku dobrze się stało, że Spielberg podjął się tego wyzwania, a tym samym pokazał, że jest reżyserem przez wielkie ,,R”.  Prawdą jest, że nie jest to Lista Schindlera, ani Park Jurajski, ale z pewnością jest to musical, który trafi do katalogu jego wybitnych filmów.

Urszula Świątek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s