Bat na czarno-biały światopogląd

Gwałt przeobraża człowieka. Przede wszystkim ofiarę, ale także i sprawcę. Ale co, jeśli nie jesteśmy w stanie wskazać jednoznacznie, kto jest kim? Niszowy francuski film „Oskarżony” pokazuje, że nawet do tak pozornie czarno-białego czynu jak gwałt rzeczywistość potrafi domalować wiele odcieni szarości.

Źródło: materiały prasowe

Jeśli nie śledzicie na co dzień kina francuskiego, lub przynajmniej nie zbaczacie ze szlaku mainstreamowych filmów, to istnieje sporo szansa, że o tegorocznym (polska premiera) „Oskarżonym” jeszcze nie słyszeliście. Zresztą w całej Warszawie film ten można zobaczyć tylko w jednym kinie, zasłużonym Atlanticu, a ponadto w niezbyt przyjaznych dla osób pracujących godzinach. Z jednej strony szkoda, bo siłą rzeczy tłumów film nie porwie (oprócz mnie na sali były dwie osoby), a z drugiej dzięki temu „Oskarżony” staje się jedną z tych perełek, które można odkryć zupełnie przypadkiem, co już samo w sobie zapewnia nielichą satysfakcję i poczucie wychodzenia poza ramy przeciętnego kinomaniaka.

Poza ramy wychodzi także scenariusz „Oskarżonego”. Poznajemy młodego chłopaka z Francji, który na co dzień studiuje na prestiżowej uczelni w USA. Jego rodzice są po rozwodzie; ojciec jest pewnym siebie bogatym biznesmenem, który kolejnymi romansami próbuje zwalczyć coraz bardziej doskwierającą mu starość, a matka, żyjąca w znacznie skromniejszych warunkach, stara się ułożyć życie z nowym partnerem. Akcja rozpoczyna się, kiedy chłopak wraca na kilka dni do Francji, aby zobaczyć się z obojgiem rodziców. Po kolacji pełnej wspomnień z gatunku „pamiętam, jak jeszcze niedawno byłeś taki mały…” bohater wychodzi na imprezę, którą organizują jego znajomi. Na prośbę matki zabiera ze sobą 17-letnią córkę jej partnera. Młodzi szybko zaczynają się poznawać, wspólnie słuchają muzyki, bawią się, piją i… no właśnie. Dochodzi do wydarzenia, którego jednoznaczne zdefiniowanie staje się głównym problemem całej późniejszej akcji filmu.

Źródło: materiały prasowe

Następnego dnia bowiem do mieszkania chłopaka wpadają policjanci i informują, że został oskarżony o gwałt na dopiero co poznanej córce partnera swojej mamy, która sama zgłosiła to zdarzenie na komisariacie. Bohater utrzymuje jednak, że jest niewinny, a do zbliżenia po imprezie rzeczywiście doszło, ale było obustronnie dobrowolne. Obserwujemy więc przesłuchania obojga młodych osób przez funkcjonariuszy, reakcje ich bliskich (z racji na pewne pokrewieństwo bohaterów oczywiście doprowadza to do kryzysu w rodzinnych relacjach), a wreszcie proces sądowy, podczas którego kolejni świadkowie, prokuratorzy, obrońcy i oczywiście sędziowie starają się odpowiedzieć na pytanie, które okazuje się o wiele bardziej skomplikowane niż pozornie mogłoby się wydawać – gdzie leży granica tego, co nazywamy gwałtem?

Ci, którym po przeczytaniu poprzedniego zdania o procesie sądowym przyszedł na myśl kolejny odcinek serialu „Sędzia Anna Maria Wesołowska” lub podobnego pseudoprawniczego tworu mogą być spokojni – to zupełnie inna półka. Poprzez kolejny przemowy obrońców, prokuratorów czy świadków, oraz oczywiście samych bohaterów, reżyser stara się pokazać, że w zależności od pochodzenia, sposobu wychowania, doświadczeń życiowych czy charakteru z tych samych faktów można wyciągnąć zupełnie inne wnioski, nawet w tak, wydawałoby się, jednoznacznej sprawie jak gwałt. Bohaterowie bowiem zgadzają się co do większości suchych faktów z przebiegu imprezy, na którą poszli. A jednak mimo to odbierają te same wydarzenia zupełnie inaczej, co jest o tyle problematyczne, że przecież prawo, a więc i wyrok sądu, musi być jednoznaczny, nie może opierać się na indywidulanych emocjach. W praktyce jednak przepisy z kodeksów okazują się niewystarczające wobec złożoności ludzkiej natury.

Źródło: materiały prasowe

Trzeba jednak zaznaczyć jedną rzecz – fabuła filmu w żadnym razie nie usprawiedliwia gwałtów, nie próbuje rozcieńczyć okropności tego czynu w męsko-szowinistycznym sosie argumentów z gatunku: „ona sama do tego prowokowała” czy korwinistycznym „kobietę zawsze się troszkę gwałci”. Nic z tych rzeczy, długofalowe skutki gwałtu i wyrządzona w ten sposób krzywda na psychice są ukazane w „Oskarżonym” wystarczająco dobitnie.

Yvan Attal stara się jednak pójść kawałek dalej, przeskoczyć okopy współczesnej poprawności. Unika w swoim filmie moralizatorstwa i patosu, stawia na niejednoznaczność zamiast klarownego podziału bohaterów na „dobrych” i „złych”. Kiedyś mówiło się, że „Krótki film o zabijaniu” Kieślowskiego jest jednym z najinteligentniejszych głosów o karze śmierci, bo zachęca do poszukiwania własnych odpowiedzi na zadane pytania, zamiast wykładać je na tacy. Na tej samej zasadzie „Oskarżony” jest dla mnie jednym z najinteligentniejszych głosów na temat gwałtu – świetnie manipuluje emocjami widza, pokazuje, że „prawd” może być kilka, nie przekraczając jednak granicy naruszenia szacunku ofiar molestowania, co w mainstreamowym i nastawionym na traktowanie widzów jak produkt kinie raczej nie miałoby prawa zaistnieć, bo „wywoła jeszcze jakieś kontrowersje i po co nam takie zamieszanie”. Dlatego całym serduszkiem zachęcam – dajcie tej niszowej perełce szansę.

Tytuł: „Oskarżony”

Reżyseria: Yvan Attal

Produkcja: Francja, 2021

Dystrybucja: Galapagos Films

Czas trwania: 138 min

Wojciech Podgórski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s