Wyjazd w ramach programu MOST, czyli półroczna krakowska przygoda

Jechać czy nie jechać? Jednak pojechałam i pierwsze, co mnie spotkało to problemy z Usosem i tłumy w Biedronce. W październiku przeprowadziłam się do Krakowa, żeby studiować tu w ramach programu MOST. Początki nie były łatwe, ale dziś nie żałuję tej decyzji. A co więcej, myśl o powrocie sprawia, że tęsknię już teraz.

Na początku maja otrzymałam maila z informacją o rekrutacji na program MOST. Nigdy wcześniej o nim nie słyszałam. Z czystej ciekawości przeczytałam wiadomość. Okazało się, że program to odpowiednik Erasmusa, z tą różnicą, że funkcjonujący jedynie w obrębie Polski. Jako studentka polonistyki, wykluczyłam możliwość uczestnictwa w Erasmusie, w obawie przed tym, że za granicą nie znajdę satysfakcjonującego mnie programu studiów. Mimo to, wciąż marzyłam o tymczasowej zmianie środowiska, o przeżyciu czegoś nowego. Poza tym, kilka miesięcy wcześniej rozważałam zamieszkanie w Krakowie, jednak nie wiedziałam, jak mogę to zrealizować bez rezygnacji ze studiów. Uczestnictwo w wymianie między polskimi uniwersytetami wydało mi się idealnym rozwiązaniem. Dlatego postanowiłam wziąć udział w programie i teraz wiem, że miałam rację!

Jechać…nie jechać…?

Złożyłam wniosek na wyjazd ostatniego dnia rekrutacji. Później kompletnie zapomniałam, że to zrobiłam. Skupiłam się na egzaminach, szczerze mówiąc, nie traktowałam potencjalnego wyjazdu poważnie, bardziej jako ciekawostkę. W czerwcu, tuż po zdanej sesji, otrzymałam informację, że zakwalifikowałam się na program. Przez całe wakacje zastanawiałam się co z tym zrobić – jechać czy nie jechać? Nie byłam pewna, czy chcę zostawić mój ukochany kierunek studiów i moich uczelnianych przyjaciół. W końcu zdecydowałam, że złożę wniosek o akademik w Krakowie. Pomyślałam, że jeśli uda mi się dostać miejsce, to pojadę, jeśli nie – trudno. W sierpniu otrzymałam informację, że niestety domy studenckie są pełne i nie mogę zamieszkać w jednym z nich. Co za tragedia! Właśnie wtedy dowiedziałam się, jak bardzo zależy mi na tym wyjeździe. Wykonałam dziesiątki telefonów do koordynatorów programu i w końcu udało się – dostałam miejsce w akademiku. Decyzja podjęta! Klamka zapadła! Jadę, czas na krakowski spleen.

Przygoda – dzień 1.

Trzeciego października wsiadłam do pociągu do Krakowa. Miałam ze sobą dwie walizki, dwa plecaki, kilka toreb i głowę pełną nadziei. W momencie kiedy pociąg ruszył ze stacji, od razu poczułam, że to była dobra decyzja. Całą trasę rozmyślałam nad tym, co mnie czeka. Gdy wysiadłam, kręciło mi się w głowie od ekscytacji. Lekko zagubiona i trochę zestresowana wpakowałam siebie i cały swój dobytek do taksówki i pojechałam prosto do akademika. Następnie razem z walizami wturlałam się na pierwsze piętro domu studenckiego, gdzie znajdował się mój nowy pokój. Z zadowoleniem zobaczyłam, że jest on całkiem estetyczny – białe ściany, ciemnobrązowe meble. Może być! Siadłam na łóżku i pomyślałam, co teraz? Co robi się po samotnej przeprowadzce do obcego miasta – ach tak, idzie się na zakupy. W podskokach wyszłam więc z pokoju, zauważyłam, że pod nosem mam biedronkę! Weszłam i od razu pożałowałam – w sklepie były tłumy, przyszli tam chyba wszyscy mieszkańcy studenckiego miasteczka. Kupiłam więc tylko zgrzewkę wody i jogurt – produkty pierwszej potrzeby – i wyszłam. Kilka godzin później nieco ochłonęłam, poznałam moją współlokatorkę, która okazała się wspaniała (kamień z serca!) i rozpoczęłam swoją przygodę.

moje pierwsze zakupy

Biurokratyczna gehenna

Jeszcze wtedy nie wiedziałam co mnie czeka…Formalności związane z wyjazdem pozornie wydawały się zupełnie bezproblemowe. Złożyłam wniosek w dziekanacie, założyłam konto na IRK, i już, gotowe. Nad formalnościami musiałam się prawdziwie namęczyć dopiero w październiku, po przyjeździe do Krakowa. Poinformowanie mojego promotora i prowadzących o wyjeździe, zdobycie dostępu do USOSa, wypisywanie do przyszłych prowadzących z UJ z prośbą o dopisanie do zajęć, sporządzenie porozumienia o programie studiów, i tak dalej, i tak dalej…Na początku krakowskiej przygody skupiałam się właśnie na biurokracji. Przecież musiałam mieć jakieś zajęcia, w końcu przyjechałam tu, żeby się uczyć! Na szczęście całkiem szybko udało mi się znaleźć ciekawe przedmioty, które były dobrymi zamiennikami tych na UW. Udało się. Załatwione. Oficjalnie stałam się tymczasową studentką UJ. Wydawało mi się, że skoro już udało mi się przebrnąć przez biurokratyczny koszmar, to teraz mogę się odprężyć. Byłam w wielkim szoku, kiedy okazało się, że na zajęcia nie wystarczy się zapisać. Trzeba też na nie faktycznie chodzić…

nowy plan zajęć

„Musi pani dużo odpoczywać”

W pierwszych tygodniach moim głównym celem było poznanie ludzi. Dzięki temu, że zamieszkałam w akademiku, nie było to trudne. Bałam się, że przez to nieco zaniedbam swoje uczelniane obowiązki. Jednak już na początku przygody spotkała mnie prozaiczna sytuacja, która z jakiegoś powodu pozwoliła mi nieco się odstresować. W okienku między zajęciami przeszłam się po plantach. Usiadłam na ławce. Chwilę później dosiadła się do mnie pewna seniorka sprzedająca krakowskie obwarzanki. Kobieta była otulona kolorowym szalem a na dłoniach miała piękne stare pierścienie. Rozmawiałyśmy o studiach, o wszystkim. Zdradziłam jej, że jestem tu na wymianie. Powiedziałam, że przyjechałam tydzień temu i spędzę tu najbliższe pół roku. Kobieta doradziła mi: „Niech pani dużo tu odpoczywa. A jak pozna pani już znajomych, pojedźcie sobie razem w góry, trzeba spędzać czas w naturze”. To zupełnie przypadkowe spotkanie sprawiło, że postanowiłam spróbować opanować swój stres i spokojnie poznać nowe miasto. W końcu obok chęci odkrycia tego, jak wyglądają studia na innym uniwersytecie, wzięcie oddechu było jednym z głównych powodów mojego wyjazdu.

Muzea, teatry, koncerty…

Kilka dni po tym spotkaniu powoli wdrażałam się w życie w nowym mieście. Ze współlokatorką, która też bierze udział w programie MOST, chciałyśmy odkryć krakowskie dzielnice, chodzić na ciekawe wydarzenia. Zrobić coś, co sprawi, że poznamy miasto i zaczniemy żyć jego rytmem. Dlatego już w pierwszym tygodniu pojechałyśmy z nowo poznanymi ludźmi na drugi koniec Krakowa, aby zobaczyć koncert Świetlików. Innego dnia poszłyśmy do przypadkowej kawiarni i poznałyśmy baristę, który wyznał, że jest aktorem i zaprasza nas na swój spektakl. Trafiłyśmy więc do offowego teatru w klimatycznej kamienicy. Później odkryłyśmy nietypowy bar, w którym pachnie kadzidłem – wchodzi się do niego przez księgarnię ezoteryczną. W tym czasie rozkręcało się też moje życie w akademiku. Gdy zaaklimatyzowałam się w nowym miejscu, poznałam ludzi, z którymi teraz mogę wspólnie gotować czy rozmawiać do szóstej rano. Tworzenie wspomnień w domu studenckim, znajdowanie swoich ulubionych miejsc, barów i kawiarni, wizyty w muzeach. To wszystko pozwoliło mi skorzystać z tego, że Kraków  to studenckie miasto, w którym dodatkowo tętni życie kulturalne.

Powrót do rzeczywistości

Czy mój pobyt w Krakowie to jedna wielka przygoda i niekończące się spotkania ze znajomymi? Jasne, że nie. Wcześniej rzeczywiście pozwalałam sobie na delikatny eskapizm, miałam więcej czasu na zabawę, odkrywanie miasta, korzystanie z kultury, poznawanie ludzi. Teraz, kiedy program powoli dobiega końca a sesja zbliża się nieubłaganie, musiałam wrócić do rzeczywistości. Mój rytm życia jednak nie zwolnił – zajęcia do wieczora, nauka do rana, zaliczenia, egzaminy, a przecież jeszcze trzeba korzystać z ostatnich krakowskich tygodni, bawić się, poznawać więcej ludzi! Mimo to, klimat Krakowa, który absolutnie pokochałam, pozwala mi zachować spokój i czerpać garściami z końcówki wyjazdu.  

Wyjątkowe doświadczenie

Pod koniec lutego moja krakowska przygoda się skończy. Mogę z czystym sercem powiedzieć, że do tej pora było to najciekawsze doświadczenie, jakie mnie spotkało. Jeśli wahasz się, czy udział w programie MOST to dobry pomysł, ja – jako osoba, która przez wiele miesięcy myślała, że ten wyjazd nie ma sensu – mogę szczerze ci go polecić. To idealne rozwiązanie, jeśli stresuje cię wizja odcięcia od swojego dotychczasowego życia na pół roku (jak czasem bywa to w przypadku Erasmusa). Mogłam odwiedzać swoich znajomych, łączyć swoje warszawskie życie z krakowską rzeczywistością. Dla mnie MOST był wyjątkową okazją, aby poznać wspaniałych ludzi, z którymi inaczej moje drogi mogłyby nigdy się nie skrzyżować. Moim ulubionym aspektem całej przygody jest przypominanie sobie zagubionej siebie z października i obserwowanie siebie z teraźniejszości, kiedy Kraków nazywam swoim drugim domem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s